"Kierowcy uważają, że droga należy do nich" [LIST]Dlaczego w Warszawie i w Polsce na ulicach wciąż ginie tylu ludzi? Fatalne przyzwyczajenia kierowców, mentalność i kiepska infrastruktura - pisze w liście czytelniczka "Gazety"
Od kilku lat mieszkam w Luksemburgu, wcześniej mieszkałam w Warszawie. W Warszawie próbowałam robić prawo jazdy - bez skutku. Zrobiłam tutaj, za granicą.
Bezpieczeństwo jest najważniejsze
Różnica: w Luksemburgu uczono przede wszystkim bezpieczeństwa, przewidywania, co może zdarzyć się na drodze. I szacunku dla pieszych - ciągle mi powtarzano, że pieszy w starciu z samochodem nie ma żadnych szans, więc to ja muszę uważać bardziej niż pieszy, z prostej przyczyny - jeśli potrącę pieszego, nie daj Boże na pasach, nie daj Boże śmiertelnie (czyli go zabiję), to sąd nie będzie słuchać żadnych wyjaśnień, wina będzie po mojej stronie.
A w Polsce? Pieszy musi wymuszać pierwszeństwo na pasach, bo inaczej może czekać do wieczora, nikt się nie zatrzyma, bo nikt tego nie został nauczony, nie ma tego w przepisach, a kultura... no cóż. Popieram pomysły zmiany przepisów, by pierwszeństwo miał pieszy wykazujący zamiar przejścia przez jezdnię. Ale muszą tego zacząć uczyć instruktorzy już na kursach!
Zyskać ludzkie życie
Infrastruktura. Rzeczy, które niewiele kosztują w porównaniu z ryzykiem - przed każdym przejściem dla pieszych "leżący policjant", ale taki, żeby naprawdę trzeba było zwolnić. Sztuczne ronda, wysepki, ostrogi wystające na środek jezdni, skrzyżowania równorzędne, zwężenie jezdni przed wjazdem do miejscowości czy na osiedle. Wszystko, co powoduje, że kierowca, chcąc nie chcąc, musi jechać wolno. Kiedyś mnie to irytowało, gdy usiłowałam przejechać ulicą z ograniczeniem prędkości do 30 czy 50 km na godz., a tu co chwila jakieś przeszkody. Lecz teraz rozumiem, że ja niewiele tracę, a zyskuje się bezpieczeństwo, czyli ludzkie życie.
Na kursie w Luksemburgu uczulono mnie, że gdy widzę stojący na przystanku autobus, mam zwolnić, bo zza autobusu może wybiec dziecko lub wyjść starsza osoba. Wymijam autobus wtedy, gdy mam pewność, że nie przejadę żadnego pieszego. Trudne? Nie. Wymaga tylko dobrej woli i zmiany mentalności. A niestety polscy kierowcy uważają, że droga należy do nich.
Ustawić znaki z sensem
I trzecia rzecz - oznakowanie dróg. Znaki powinny pomagać kierowcy. Niestety w Polsce - szczególnie w Warszawie - stoją często kompletnie bez sensu. Nadmiar znaków (czasem sprzecznych ze sobą) powoduje, że kierowcy przestają na nie zwracać uwagę. Kiedyś usiłowałam, jadąc jedną ulicą pod Warszawą, rozwikłać razem z mężem, jaka jest dozwolona prędkość. I mimo że obydwoje pilnie czytaliśmy znaki, to na tej drodze panował taki miszmasz, że nie mieliśmy pewności, z jaką prędkością jechać. Znaków było za dużo, głównie przypominających o tym, że jest się na drodze z pierwszeństwem przejazdu (więc można czuć się panem), a znaki o ograniczeniu prędkości były chaotyczne.
Policja musi ostro reagować
Czwarta rzecz - policja drogowa. Oglądam czasem program "Uwaga, pirat". Jeśli tak wyglądają kontrole drogowe, to nie dziwię się, że jest źle. Policjant pyta kierowcę, który na obszarze zabudowanym gnał 110 km na godz.: "A dokąd to pan tak się śpieszy?", czyli zachęca go do wymówek, zamiast ostro zareagować na stwarzanie śmiertelnego zagrożenia na drodze.
Niedawno pewna kobieta zabiła na przejściu dwóch chłopców wracających ze szkoły. Czemu przed tym przejściem nie było "leżącego policjanta", sztucznej wysepki albo czegokolwiek innego, co by spowodowało, że nieostrożna pani rozbiłaby sobie samochód zamiast zabijać dzieci? W sylwestra mężczyzna jadący za szybko staranował rodzinę i zabił małego chłopca, wgniatając go w betonową barierkę znajdującą się ZA chodnikiem, a nie MIĘDZY jezdnią a chodnikiem - wtedy rozbiłby sobie samochód, a może i uszkodził samego siebie. Tak niewiele trzeba, by zwiększyło się bezpieczeństwo!
Skrzyżowania strachu
Od ponad tygodnia piszemy o niebezpiecznych warszawskich skrzyżowaniach i ulicach. Szukamy przyczyny wypadków i sposobów na to, by je ograniczyć.
Czy choć części z nich dałoby się uniknąć, gdyby poprawić drogową infrastrukturę? Czy może główny nacisk trzeba kłaść na edukację kierowców i ściganie ich za wykroczenia? Np. miasto, inwestując gigantyczne pieniądze w sieć fotoradarów, jest oskarżane o szukanie łatwego zarobku w portfelach kierowców. Ale zwolennicy tej strategii odpowiadają: radar jest bezlitośnie uczciwy - nigdy nie zrobi zdjęcia temu, kto jedzie zgodnie z przepisami.
Według policyjnych statystyk najbardziej niebezpieczna ulica to Aleje Jerozolimskie. Ale licząca ponad 10 km ruchliwa arteria siłą rzeczy musiała znaleźć się w czołówce. Policyjny ranking uwzględnia liczbę wypadków, ale nie ofiar. Dlatego nie ma w nim np. ul. Mrówczej, niedużej ulicy w Wawrze, którą po remoncie nawierzchni kierowcy pędzą na złamanie karku. Na Mrówczej w ciągu roku były cztery wypadki, w których zginęło aż pięć osób. W Al. Jerozolimskich było 29 wypadków, ale nie zginął nikt. Szukamy więc innych miejsc, także tych, które są potencjalnie groźnie, gdzie może nie zdarzyła się jeszcze żadna tragedia, ale łatwo może do niej dojść.
Dostaliśmy od was mnóstwo listów, w których wskazujecie niebezpieczne miejsca w znanych wam rejonach stolicy. Dziękujemy i czekamy na kolejne. Piszcie:
stoleczna@agora.pl