marek.slon napisał(a):
wymianę doświadczeń, wiedzy, opinii, poszukiwanie właściwych rozwiązań. (...) ochoczo oburzamy się tu na wyroki nie mając tak naprawdę kompetencji, żeby je oceniać. Błąd może być w prawie, może go nie być wcale, choć nam się tak wydaje itd. Podam jeden przykład: w opisywanych tutaj sprawach sąd z reguły powołuje biegłego. Ten musi mieć uprawnienia.
Nie wiem, ile razy miałeś do czynienia z organami ścigania i sądem, gdy doznałeś wypadku na rowerze.
Bliższą styczność miałem dwukrotnie -- raz, gdy taksiarz otworzył mi drzwi w rwarz i złamał mi rękę -- wtedy do rozprawy w ogóle nie doszło, taksiarz sprowadził dwóch facetów jako świadków i twierdzili oni, że -- w momencie wypadku -- taksiarza w ogóle nie było w samochodzie, a mnie uderzył "
jakiś samochód, jadący z przeciwka, który się nie zatrzymał". Milicja (było to w okresie minionym) w związku z brakiem sprawcy nie nadała biegu sprawie.
Druga historia skończyła się w sądzie -- na pierwszej rozprawie sąd próbował uznać mnie za współwinnego. Ponieważ jednak nająłem adwokata, który powołał biegłego, nie mogli wrobić mnie we współwinę, którą, za pierwszym razem, próbowali mi wmówić (przypadek ewidentny -- samochód wyjechał z parkingu, mając zerową widoczność i grzał do jezdni, a po drodze był ciąg pieszo-rowerowy, na którym byłem ja, czego kierowca w ogóle nie zauważył. Później odjechał z miejsca wypadku).
Rzeczoznawca (potwierdzi to 80% osób, które miały sprawy), jeżeli sprawa nie jest całkiem ewidentna, przyjmuje stanowisko strony, która go najęła.
Tego rodzaju szkolenie może się przydać w innym celu -- pokazania sędziom, że rowerzyści to nie tylko zalkoholizowani rolnicy i czubki na rowerach do trialu. Przedstawienie pewnych
casusów równiez pozwoli na wyrobienie poglądu, jakie wyroki dawać w danej sytuacji (polskie prawo nie opiera się na precedensach, ale na Prawie na UW wykładowcy cały czas posługują się
casusami).