Zderzakiem w kolanko. Parkingowe osobliwości Warszawy2010-10-06, ostatnia aktualizacja 2010-10-05 22:40

Chodnik wzdłuż Świętokrzyskiej to wielki parking. Piesi przeciskaja się między kawiarnianym ogródkiem a maskami aut, po drodze mijając slalomem betonowe słupki
W centrum i na peryferiach toczy się bezpardonowa walka - o przestrzeń życiową. Kierowcy i samochody zabierają pieszym chodniki, zieleń, a matkom z dziećmi - nawet place zabaw. Zmotoryzowani rzucili nas na kolana.

Ulica Herbu Szreniawa w Wilnowie. Miało być elegancko. Wyszło - jak zwykle.
Dziko jest. To najkrótszy komentarz po wczorajszym szybkim rekonesansie, który zrobiliśmy w Śródmieściu na Świętokrzyskiej, na tzw. deptaku na ul. Chmielnej, w modelowym Miasteczku Wilanów i na zielonym Ursynowie.
Zapraszamy na chodnikTakiego kuriozum parkingowego w samym środku miasta jak po parzystej stronie Świętokrzyskiej nie powstydziłaby się żadna metropolia w kraju Trzeciego Świata -
kierowcy za zgodą ratusza jeżdżą tu sobie środkiem chodnika. Cofają, skręcają i parkują. Piesi zaś odgrodzeni betonowymi pachołkami przemykają chyłkiem z boku. Na wysokości ogródka W Biegu Café, niedaleko skrzyżowania z Jasną, wygląda to szczególnie drastycznie. Zdarzają się momenty, gdy między kawiarnianymi stolikami a pachołkami tworzy się ciżba czekających na przejście niespełna metrowej szerokości przesmykiem.
- Jak pan tu wjechał? - pytam kierowcę tico opatrzonego plakietką "Kurier", którzy stoi właśnie przy tej cieśninie.
- Skręciłem z jezdni tam za kioskiem Ruchu i dalej po chodniku - pokazuje w stronę Mazowieckiej. - Przecież to jest normalne miejsce parkingowe. Trzeba tylko wykupić bilet [którego jednak nie wykupił].
Rzeczywiście chodnikowy parking jest całkiem legalny. Stoją znaki pokazujące, gdzie na niego wjeżdżać i w którą stronę skręcić, wyjeżdżając. Za to na dziko kierowcy jeżdżą po chodniku między Jasną a Marszałkowską. Niemal na wysokości przejścia dla pieszych rozstawiły się dwie furgonetki. W jednej trwa handel podręcznikami (za szybą stosy kwitków parkomatowych). Wygląda na to, że środek chodnika wzdłuż Świętokrzyskiej to jeden wielki parking dla okolicznych mieszkańców. Wczoraj przed południem naliczyliśmy 23 samochody z abonamentami na darmowy postój. Tylko 30 aut miało za szybami aktualne bilety parkingowe, 34 stały na gapę. Wśród nich citroen pod samymi drzwiami Café Kredens (między Szkolną a Jasną) oraz furgonetka koło apteki. Kierowca białego peugeota zostawił wielki blankiet z napisem i pieczątkami aresztu śledczego w Ostrołęce: "Zwolnienie z opłat parkingowych". Inni przybysze spoza Warszawy, którzy chcieli uniknąć opłat za postój na chodniku przy Świętokrzyskiej, wystawili za szybę różne wersje logo niepełnosprawnych. Było ich 14. Tylko trzem kierowcom straż miejska zostawiła mandaty. W sumie przejście na 250-metrowym odcinku Świętokrzyskiej zastawiały pieszym 104 samochody.
Deptak, czyli parkingChmielna to niby w całości deptak, a co kilka minut przejeżdża nią samochód. Asfaltowej jezdni i osobnych chodników nie ma tu od lat, więc kierowcy suną między pieszymi. Miną, gestem lub klaksonem dając im do zrozumienia, by schodzili czym prędzej z drogi.
Na Chmielną bez problemu (znikły wszelkie przeszkody) można wjechać z ul. Zgoda (w stronę pasażu Wiecha) i Szpitalnej (w kierunku Nowego Światu). Oba wloty miejski inżynier ruchu opatrzył znakami zakazu ruchu i zatrzymywania. Postojowy wyjątek zrobił dla zaopatrzenia w godz. 6.30-11 (rozładunek może trwać najwyżej 45 minut) i niepełnosprawnych na trzech miejscach wyznaczonych dla nich pod kinem Atlantic. Przed godz. 12 stał ich tam cały rządek, podobnie koło przychodni. Furgonetki zaopatrzenia, kurierzy, a nawet ochrona jeździli w najlepsze. Regularny darmowy parking (bo na deptaku nie ma oczywiście parkomatów) powstał na skwerze przed punktami usługowymi w połowie drogi między Szpitalną a Nowym Światem. Spotkaliśmy tam kilkanaście aut. Wzdłuż całej Chmielnej stało ich 61. Ot, warszawski deptak.
W Miasteczku Wilanów gęsiegoMiasteczko Wilanów zbiera nagrody. To jeden z najlepszych projektów z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki - taki werdykt wydali w tym roku w Londynie jurorzy organizacji Urban Land Institute, o czym pisaliśmy w "Gazecie". W uzasadnieniu chwalili projekt "niskiej zabudowy, o zróżnicowanych funkcjach, otwartym charakterze i bogatej architekturze, stworzony z myślą o pieszych".
- Tylko że spacerowanie stanowi tu duży problem - mówi Katarzyna Stępień. Pchając wczoraj wózek z dzieckiem na ul. Herbu Szreniawa, musiała uważać, by nie zawadzać o zderzaki parkujących samochodów. Wielka terenówka VW touareg tak stanęła, że na chodniku przy samej rampie dla wózków zostało ok. 70 cm wolnego miejsca.
- Nie da się iść razem ze znajomymi. Trudno się wyminąć wózkami - mówi młoda mama.
Można spacerować tylko gęsiego. W zatoczkach przy ulicach samochody miały parkować wzdłuż, ale na skos mieści się ich więcej, dlatego kierowcy wjeżdżają przednimi kołami na chodnik. Im samochód dłuższy, tym dalej w głąb chodnika, tak by przejeżdżające ulicą auta nie zadrasnęły lakieru na tylnym zderzaku.
Terenowy nissan na Sarmackiej u zbiegu z Herbem Szreniawa zostawił pieszym niecały metr. Z kolei przy samej zebrze u zbiegu Klimczaka i Sarmackiej chodnik zatarasowały duża toyota corolla verso, bmw i nissan. Piesi musieli chodzić ścieżką rowerową; wchodząc na pasy, musieli uważać, bo byli gorzej widoczni.
Mordowanie pieszej sielankiNa Ursynowie Północnym architekci rozdzielili ruch pieszy i kołowy, by np. dzieci mogły bezpiecznie same dojść do szkoły bez przechodzenia przez jezdnie. Idea została zamordowana, a samochody wdarły się wszędzie.
Przed południem, kiedy większość pracuje, na Ursynowie wewnątrzosiedlowe alejki są zastawione samochodami. Kierowcy ignorują znak zakazu wjazdu i parkują przed blokiem przy ul. Puszczyka 18. Pod numerami 17. i 19. stoją auta przy samym wejściu na klatkę. Pod dziesiątką kierowcy nie baczą na tablicę: "Droga pożarowa. Nie zastawiać". Z kolei pod ósemką jest wytyczony wąski metrowy chodnik z kostki betonowej - zajęty przez auta.
- Na Ursynowie Płn. mamy dwa typy alejek. Tylko dla pieszych projektowaliśmy tzw. uliczki między dwiema pierzejami budynków prowadzące w stronę planowanych stacji metra. Elewacje miały porastać bluszcze, by tworzyć zielone wąwozy. Po prostu piesza sielanka. Po drugiej stronie budynków, tam gdzie wejścia na klatki schodowe, powstały pasy pieszo-jezdne, które miały służyć tylko śmieciarkom, karetkom pogotowia czy straży pożarnej - przypomina prof. Marek Budzyński, główny projektant Ursynowa Płn.
W miejscu tzw. dołków na obrzeżach osiedli, czyli specjalnych obniżeń terenu dla samochodów, np. przy ul. Herbsta, nie powstały z czasem - jak przewidywali architekci - parkingi wielopoziomowe. Spółdzielcy nie chcą płacić po kilkanaście, a teraz nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych za miejsce postojowe, bo trawnik czy chodnik jest przecież gratis. Wystarczy zaanektować.
- Alejki dla pieszych zamieniły się w uliczki o ruchu uspokojonym. Potem stopniowo likwidowano place zabaw. Było ich ponad 30. Zniknęły, bo zrobiono parkingi. Tak się stało np. przy Wiolinowej w połowie drogi między Domem Sztuki a kościołem Wniebowstąpienia Pańskiego przy al. KEN - ubolewa prof. Budzyński.
Architekt uważa, że na Ursynowie nie jest jeszcze dramatycznie. - Ale będzie - przewiduje. To tylko kwestia czasu. Bez przywracania idei "pieszej sielanki" ursynowianie mogą się w końcu obudzić w parkingowym horrorze zamiast w zielonej i bezpiecznej dzielnicy.
Parkuj po ludzku: "Nie budujmy już parkingów w centrum"2010-10-05, ostatnia aktualizacja 2010-10-05 15:33
Gdzie mamy parkować w centrum? Dlaczego miasto nie buduje podziemnych garaży? - denerwują się kierowcy. Są jednak eksperci, którzy tę akurat nieporadność ratusza chwalą.
Od wczoraj apelujemy w "Gazecie" do kierowców: "Parkuj po ludzku!". To hasło naszej nowej akcji, w której chcemy się ująć za pieszymi. Dosyć mamy rozjeżdżania i zastawiania chodników przez samochody. W Warszawie przyjęło się, że to pieszy ma im ustępować, okrążać i przeciskać się pod ścianą. Odzew był natychmiastowy - jedni dziękują za podjęcie tematu, inni zarzucają wrażą propagandę. Jest grupa czytelników, która kompromisowo proponuje, aby budować podziemne parkingi.
Jedno miejsce na jednegoTen problem pojawił się podczas niedawnej dyskusji nad projektem przebudowy pl. Trzech Krzyży, którą szykuje ratusz. Z powierzchni mają tam zniknąć wszystkie miejsca parkingowe (przybędzie m.in. ogródków kawiarnianych), ale garaż planowany pod częścią placu miasto odłożyło na później. Tak jak w wielu innych miejscach. Od lat słyszymy, że tajemniczy inwestor zbuduje parkingi pod pl. Teatralnym, pl. Powstańców Warszawy czy pl. Bankowym. Zmieniają się prezydenci, a garaży nie ma.
- I dobrze - twierdzi prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej. Przypomina, że w zeszłym roku radni wyznaczyli limity miejsc parkingowych. Strategia transportowa miasta przewiduje, że w ścisłym centrum (mniej więcej tam, gdzie stoją parkomaty) wypada najwyżej jedno miejsce na jedno mieszkanie. I to niezależnie od jego wielkości. Więcej parkingów tworzyć tu nie wolno. Mało tego, wzdłuż niektórych ulic - Traktu Królewskiego czy Marszałkowskiej - miejsc postojowych ubywa.
Chodniki zbyt cenneW tej sprawie napisał nasz czytelnik Aleksander Jakubowski. Krytykuje, że ostatnio miasto zlikwidowało parking na środku ul. Emilii Plater. Skutek jest taki, że mieszkańcy nie mają gdzie zostawić auta. Dla prof. Suchorzewskiego to dobry przykład na poparcie jego tezy - w pobliżu działa garaż Złotych Tarasów, ale stoi pusty, bo kierowcy chcą uniknąć opłat. Tak jego zdaniem może być też w innych miejscach, jeśli powstałyby garaże za miliony złotych.
A co z mieszkańcami centrum? Według profesora powinni zacząć się przyzwyczajać, że miejsce na chodnikach jest tu zbyt cenne, aby całymi dniami zastawiały je ich auta. - Na Manhattanie na ciągłe parkowanie mogą sobie pozwolić tylko milionerzy, w Waszyngtonie w ścisłym centrum jest to w ogóle niemożliwe. Mój znajomy ekspert transportowy z Paryża mieszka niedaleko Centrum Pompidou, ale samochód trzyma 30 km dalej przy stacji szybkiego pociągu RER. Korzysta z niego w weekendy i wakacje, na co dzień porusza się komunikacją - opowiada.
Na kierowcę nie ma bataA gdzie te linie metra i szybkie pociągi w Warszawie? - powtarzają zmotoryzowani. Sieci metra rzeczywiście prędko się nie doczekamy, ale linii kolejowych mamy sporo. Ci, którzy korzystają z komunikacji miejskiej, mają o niej całkiem dobre zdanie: według CBOS-u aż 78 proc. wystawia jej pozytywne oceny.
Dr Andrzej Brzeziński z Politechniki Warszawskiej zwraca uwagę na ciekawy trend w Wiedniu i Berlinie - tam wskaźniki motoryzacji spadają (z 421 i 360 aut na tysiąc mieszkańców w 2005 r. do 392 i 358 w 2008 r.). - Samochód staje się mniej potrzebny, bo jest transport zbiorowy. U nas mimo dobrej komunikacji jest odwrotnie, bo lubimy samochody - mówi. Szacuje, że w Warszawie mamy od 450 do 500 samochodów na tysiąc mieszkańców (w 2000 r. - 413). W zeszłym roku GUS podał, że w stolicy zarejestrowano 1 mln 118 tys. 781 pojazdów. Do tego trzeba doliczyć auta z innych miast. Według Zarządu Dróg Miejskich do Warszawy codziennie wjeżdża ich aż pół miliona, a liczba ta wzrosła w ciągu dziesięciu lat o połowę.
Dlatego prof. Suchorzewski boleje nad naszą polityką parkingową: -
Nie potrafię wskazać przykładu innego państwa niż Polska, gdzie parkowanie na chodnikach jest legalne, jeśli nie stoi znak zakazu. Dodaje, że ceny za bilety w parkomatach są za niskie - stawka powinna być taka, aby w godzinach szczytu zajętych było 95 proc. miejsc. W dodatku kuleje karanie parkujących nieprawidłowo. Przykład? Ulica Grzybowska przy Waliców - rząd samochodów stoi za darmo mimo zakazu i strefy płatnego parkowania. Tuż obok znajduje się siedziba warszawskiej drogówki.
Cytuj:
List czytelnika: Przedzieram się z wózkiem
Od razu napiszę, że BARDZO podoba mi się ta akcja! Od roku mieszkam na ulicy Boya-Żeleńskiego (obok pl. Unii Lubelskiej). Codziennie łamany jest tu przepis zakazu postoju. Na zdjęciu widać, jak 12 aut stoi za znakiem. To nie tylko przeszkadza pieszym, ale bardzo utrudnia wyjazd z drogi wewnętrznej (całkowity brak widoczności). Zdjęcie kolejne pokazuje chodnik, przez który codziennie się przedzieram z wózkiem. Oczywiście jest to niemożliwe, tak że muszę wnosić i znosić wózek po schodach. Podnoszenie wycieraczek w autach nic nie daje - do tej pory ani razu nie widziałam policji czy straży miejskiej, która by się tym zainteresowała.
Nazwisko do wiadomości redakcji