zm.org.pl
http://forum.zm.org.pl/

[pr] Do szczęścia potrzebne jest miasto
http://forum.zm.org.pl/viewtopic.php?f=5&t=941
Strona 1 z 1

Autor:  jacor [ Wt lip 22, 2008 12:17 ]
Tytuł:  [pr] Do szczęścia potrzebne jest miasto

Bardzo ciekawy wywiad, polecam w całości :-)

Gazeta Wyborcza napisał(a):
Do szczęścia potrzebne jest miasto

Wszyscy narzekają, że jest brzydko, że źle się dzieje w przestrzeni miast. Mówię im: to dlatego, że wy się na to godzicie, wszyscy - odpowiada Magdalena Staniszkis*

Dariusz Bartoszewicz, Dorota Jarecka: - Kiedy patrzymy na zdjęcia z RPA, na których widać grodzone murem luksusowe osiedla, a obok slumsy, wiemy, co to oznacza - pozostałości apartheidu. Patrzymy na osiedla w dużych miastach w Polsce, zagrodzone parkanami, ze szlabanami na drogach wjazdowych. Co taki obraz oznacza w sensie społecznym, politycznym?

Magdalena Staniszkis: - Brak społeczeństwa obywatelskiego. Demokrację wprowadzono, ale nie staliśmy się przez to od razu mądrzejsi. Nie mamy świadomości, że możemy wpływać na to, w jakim mieście żyjemy.

Ludzie chcieli się grodzić. Za to zapłacili pieniądze.

- Tak, ale teraz nie są szczęśliwsi i nie żyje im się lepiej. Zobaczyli, że nie ma w pobliżu szkoły, przedszkola, parku, kościoła, że wszędzie są płoty, więc nie mogą swobodnie spacerować czy pojeździć na rowerze, że nie dojadą samochodem do centrum, bo zbudowano za mało ulic linii tramwajowych czy metra.

Miasto - to Platon powiedział - ludzie założyli do życia szczęśliwego. Nie dla obronności, ale dlatego że ludziom lepiej się żyje w skupiskach. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Człowiek to istota społeczna, potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi, a żeby je nawiązać - przestrzeni, która tym kontaktom sprzyja.

Pomiędzy relacjami ludzi a przestrzenią zachodzi ścisły związek. Bardzo prosty przykład: kiedy byliśmy biedniejsi i mieszkaliśmy w małych mieszkaniach i nie było możliwości zaproszenia większej ilości osób na obiad, zanikały kontakty rodzinne.

Mamy wyraźny kryzys miasta w sensie społecznym. Kryzys polega na tym, że nie powstaje nowa przestrzeń publiczna.

Czyli jaka?

- Egalitarna, w której każdy ma prawo być, w której czujemy się jak u siebie. Ulica jest największym skrótem - symbolem przestrzeni publicznej. To na niej toczy się życie miasta. Słynna teoretyczka miasta Jane Jacobs użyła określenia "balet ulicy".

Tutaj kontakt z innymi ludźmi jest taki sam jak innych z nami. Możemy to wykorzystać i nawiązać jakiś kontakt, możemy pozostać tylko obserwatorem.

Żeby wejść do każdej innej przestrzeni, trzeba mieć jakiś tytuł. Na przykład galerie handlowe to nie jest przestrzeń publiczna, chociaż ich właściciele stają na głowie, by udawać, że jest miastem. W galerii handlowej preferowani są klienci - siła nabywcza. Biedaków i pijanych nie wpuszczają lub zdecydowanie "wypraszają". Kiedy coś się stanie, przychodzi ochrona, a nie policja. Żebrak tu nie pożebrze, a w przestrzeni publicznej tak, i to jest sprawdzian. Przestrzeń publiczna to taka, do której może wejść nawet żebrak.

Ale po co nam taka przestrzeń?

- Nie ma większej szkoły tolerancji niż przebywanie w przestrzeni publicznej. Tego nie da się nauczyć na lekcjach. To jedyne miejsce, gdzie spotykamy obcych.

Życie poza przestrzenią publiczną jest związane z pełnym poczuciem bezpieczeństwa. To może być rodzina, grupa zawodowa, klub. W przestrzeni publicznej nie ma takiego zabezpieczenia. I to jest właśnie takie ekscytujące i niezwykle ważne dla wychowania obywatelskiego - zobaczyć, że ktoś spoza mojego kręgu nie stanowi dla mnie zagrożenia, a może nawet jest sojusznikiem.

Różnica się zaciera. Wielki kapitał tak kreuje place wokół swoich budynków, żeby wyglądały jak publiczne.

- Dopóki są publicznie dostępne, to jest pozytywne. W Nowym Jorku na Manhattanie władze miasta wydając pozwolenie na budowę, zachęcały inwestorów, by części swoich terenów nie grodzili, tylko urządzali publicznie dostępne place. Powstały tzw. plaza, kieszenie przestrzeni publicznej. Z punktu widzenia przechodnia nie ma wyraźnej granicy.

A jak jest u nas?

- Kiedy inwestor buduje, zwykle grodzi, chociaż nie ma żadnych przeciwwskazań prawnych, by to, co prywatne, zostawić nie ogrodzone, ale najważniejsza jest prawdziwa przestrzeń publiczna. Kiedy szukam przykładów dobrej przestrzeni publicznej w Polsce, przychodzi mi do głowy deptak nadmorski w Trójmieście. To wyjątkowa sytuacja, trzech prezydentów miast, Gdańska, Sopotu i Gdyni, dogadało się między sobą nie czekając na ustawę o metropoliach. Urządzili wspólny chodnik, postawili ławki, zbudowali ścieżkę rowerową, powstała przestrzeń czasu wolnego, ludzie lubią tam być o każdej porze dnia i roku. Albo inny przykład - w małej skali - Zduńska Wola, sławna na całą Polskę przez to, że pani burmistrzowa wystąpiła z rewelacyjna inicjatywą budowy fontann na placykach miasta.

Kiczowate trochę te fontanny

- Nie o to chodzi. Mówię to jako architekt: moim zdaniem estetyka nie ma tu znaczenia pierwszorzędnego. Najważniejsze, że miasto żyje.

To jest pomysł na podniesienie jakości przestrzeni publicznej. A im bardziej ona atrakcyjna, tym więcej w niej ludzi i tym większa szansa na społeczeństwo obywatelskie. W mieście od samego początku, od aktu lokacyjnego, wszystko jest polityką. Demokracja powstała w miastach. Władza przedstawicielska w naszym imieniu tworzy nam warunki do tego, byśmy mogli żyć szczęśliwie. Umawiamy się, o jakiej porze gasimy światło, gdzie wyrzucamy śmiecie. Oczywiście, im większe miasto, tym dalej do władzy. Ale u nas władza może nawet nie wiedzieć, że jakiejś grupie społecznej na czymś zależy. Bo jak mamy się zidentyfikować jako grupa społeczna, skoro nie mamy gdzie się spotkać, żeby powiedzieć, że chcielibyśmy mieć na przykład nowe przedszkole? I odwrotnie: ponieważ w naszej okolicy nie ma przedszkola, nie spotykamy się przy odprowadzaniu dzieci. Nie spotykamy się na spacerze, bo przy ulicach nie ma chodników, ani na klatkach schodowych, bo jedziemy windą do samochodu i z samochodu do windy. Człowiek nie ma po co wyjść z domu.

Żeby na jakimś terytorium żyło się lepiej, potrzebne są więzi między ludźmi. Polska to ewenement na skalę europejską. Nigdzie w Europie nie ma zamkniętych miast, tylko u nas, ludzie z zagranicy przyjeżdżają to oglądać jako ciekawostkę.

Dlaczego te nowe osiedla tak są projektowane, skoro kilka tysięcy lat istnienia miasta pokazuje, że lepiej żyć inaczej?

- Kiedy nie ma społeczeństwa obywatelskiego, władza demokratyczna słabnie. Kapitalizm przestaje być kontrolowany przez system demokratyczny, co jest pożywką dla władzy globalnego kapitału. To, że inwestor chce jak najwięcej zarobić na gruncie, który kupił, wybudować jak najwięcej mieszkań i najdrożej je sprzedać, jest naturalne. Problem w tym, że samorząd ma narzędzia, by kontrolować inwestora, zatwierdza przecież plany miejscowe, może na nie wpływać, ale na własne życzenie z tego rezygnuje.

Jak to?

- Jest takie pojęcie "skutki finansowe planu". Jeżeli plan przewiduje budowę ulic, placów, skwerów i parków, także szkół czy przedszkoli, to tereny na te potrzeby trzeba od właścicieli wykupić. Czyli im więcej przestrzeni publicznej, tym - jak to się mówi - "skutki finansowe planu" są gorsze. Plan "finansowo najlepszy" to plan bez przestrzeni publicznych w ogóle i niestety takich planów uchwala się najwięcej.

Kiedyś projektowałam na planie, gdzie dla 40 ha uchwalono wysokość domów, kąt nachylenia dachów, wielkość działek i terenów biologicznie czynnych. Nie było tylko mowy o ulicach. Ludzie wzięli sprawy w swoje ręce i dogadują się między sobą o prawo przejazdu. Ten plan nie miał żadnych skutków finansowych dla gminy, która go uchwaliła, a więc był tani, czyli "dobry".

Jeżeli już po uchwaleniu planu miasto chciałoby wykupić tereny pod parki, ulice czy szkoły, to trzeba za to zapłacić prywatnemu właścicielowi działki budowlanej rynkową wartość, a to kosztuje dużo więcej.

A jak to powinno być?

- Samorząd powinien najpierw sam zrobić prawidłowy plan dobrego miasta, wyznaczyć gdzie jest park, uliczka, aleja, szkoła i wykupić je za symboliczną złotówkę.

Projektowanie nowych dzielnic powinno się odbywać przez scalenie i wtórny podział. Przed wojną to był obowiązek. Tak powstały miasta-ogrody Podkowa Leśna, Konstancin czy Sadyba. Załóżmy, że jest 500 ha i ma różnych właścicieli. Urbanista, kiedy planuje, ma mapę własności, ale ona służy mu tylko do rozliczeń. Każdy właściciel po uchwaleniu planu otrzymuje swój udział pomniejszony o tereny przeznaczone na cele publiczne proporcjonalnie do swojego wkładu, ale nie w tym samym miejscu i kształcie. Inaczej nie da się zaplanować miasta.

Na przestrzenie publiczne powinno się przeznaczyć co najmniej 20 proc., ale nie więcej niż 30 proc. Wiedza urbanistyczna jest na ten temat zgodna.

Dokładnie też wiadomo, jaki powinien być kwartał miejski.

Czyli?

Optymalny kwartał w centrum miasta to działka 100 na 100 m, wzorcem jest Manhattan, w dzielnicach mieszkalnych to około dwa hektary, ale nawet w dzielnicach podmiejskich pomiędzy skrzyżowaniami ulic nie powinno być więcej niż 300 metrów.

To są kanony urbanistyczne.

Miasta tradycyjnego?

- Nie ma innego miasta niż tradycyjne! Człowiek jest istotą tradycyjną. Jakiego byśmy krzesła nie wymyślili, trzeba na nim usiąść i chcemy, żeby było wygodnie. Bioenergetyczne uwarunkowania człowieka się nie zmieniają. Latamy na Księżyc, ale nie widzimy dalej niż 300 metrów. Z większej odległości nie rozpoznamy, czy to mężczyzna czy kobieta, a z powyżej 500 m, czy to człowiek czy jakiś inny naczelny. Z trzeciego piętra swobodnie widzimy swoje dziecko na podwórku i możemy je zawołać do domu. Tak powstawały standardy urbanistyczne.

To nieprawda, że wymyśliła je komuna, ale prawdą jest, że wzięły się z idei socjalistycznych.

A modernizm? Dom od Paryża do Marsylii Le Corbusiera, albo Linearny System Ciągły Oskara Hansena, czyli projekt pięciu pasm mieszkalnych przecinających Polskę z północy na południe? Przecież to zaprzeczenie idei miasta.

- To była utopia, w rzeczywistości nikt nie planował jednego domu o długości 500 kilometrów. Modernizm nie miał nic wspólnego z odejściem od tradycji miejskiej, chodziło tylko o zmianę relacji między ulicą a domem. Domy miały stać prostopadle, a nie równolegle do ulicy, ale ulica pozostała. "Linearny System Ciągły" Oskara Hansena to była prawidłowa idea budowania miasta. To miasto zwarte, choć liniowe. Powstaje wzdłuż tras komunikacji i sieci infrastuktury, każdy ma taki sam dostęp do terenów zielonych i łatwy dojazd do pracy, a zostaje zachowana koncentracja, która jest warunkiem zrównoważonego rozwoju miasta.

W poprzednim ustroju było coś takiego jak "normatyw urbanistyczny". Jestem zwolenniczką ponownego wprowadzenia "standardów urbanistycznych". Chodzi o to, żeby samorząd nie był całkowicie suwerenny w swoim planowaniu. Robiąc plan, będzie musiał zapewnić to, co było kiedyś: że na określoną liczbę mieszkańców musi być szkoła, a żeby do niej dojść, nie można przekroczyć ruchliwej drogi jak Trasa Łazienkowska czy jakaś inna wielka arteria, że w określonej odległości od domów muszą być tereny zielone.

W komunizmie o przestrzeń dla obywatela dbano rewelacyjnie, przynajmniej w ustawodawstwie!

Ale osiedla były podobne do dzisiejszych: wyspy odcięte od tkanki miejskiej.

- Tamte osiedla budował gigantyczny państwowy inwestor. Gdyby nie było takiej centralizacji decyzji i środków, to by to inaczej wyglądało, ulice byłyby pewnie gęściej. Sama idea była dobra: równy dostęp do słońca i zieleni, ale zanikła tradycyjna struktura urbanistyczna miasta. Dzisiaj z dyktatury proletariatu przeszliśmy do dyktatury dewelopera i powstaje pytanie: co zrobić, żeby realność wielkiego kapitału nie uniemożliwiła budowania przyjaznej przestrzeni.

Jak ratować tą przyjazną przestrzeń?

- To jest możliwe tylko przez silną władzę, przez silny samorząd. Jest taki cytat z książki "Zrównoważone miasta" Grahama Haugthona i Collina Huntera, który chętnie wszędzie i wszystkim powtarzam: "Rozwój miasta nie jest wynikiem sił natury, jakiś innych sił danych z góry, wolnego rynku czy ekonomii, rozwój miasta jest wyłącznie wynikiem decyzji politycznych." Zaniechanie zarządzania rozwojem miasta jest też decyzją polityczną.

Kiedy doszło do tego zaniechania?

- Na początku lat 90., wraz z nastaniem wolnego rynku. Zasada była jedna: budujcie gdzie chcecie i jak chcecie. Kto jest użytkownikiem terenu, staje się jego właścicielem i może robić ze swoją świętą własnością to, co mu się podoba, a kto myśli inaczej, jest zwolennikiem komunizmu. To była czysta polityczna demagogia.

Jestem członkiem Głównej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej, która doradza ministrowi budownictwa. Kiedyś przekonywaliśmy jednego z poprzednich ministrów, by do ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym wprowadzić standardy urbanistyczne i inne rygory dyscyplinujące wszystkich do budowania dobrej przestrzeni. Minister wysłuchał głosu profesjonalistów i w pewnym momencie mówi: "no dobrze, ale przecież mamy wolny rynek". Wtedy Adam Kowalewski, przewodniczący komisji, architekt i były wiceminister budownictwa nie wytrzymał: "Panie ministrze, mamy wolny rynek w Paryżu, w Nowym Jorku, w Londynie, w Pradze i w Budapeszcie, ale nigdzie nie ma takiego chaosu jak u nas".

Tłumaczyliśmy, że wolny rynek nie załatwi za nas tego, co jest dobrem wspólnym, a miasto jest dobrem wspólnym. Bez wolnego rynku miasto się nie zbuduje, ale podstawowym zadaniem władzy samorządowej jest łagodzenie konfliktu między prywatnym a publicznym i próba osiągnięcia maksymalnego konsensusu dla wspólnego dobra.

Jaki jest przepis na dobre miasto?

- Nie da się prawnie uregulować tego, żeby ludzie byli szczęśliwi. Ale Polska jest jednym krajem w Europie poza Grecją, gdzie planowanie uważa się za śmieszne i w którym nie ma podatku katastralnego. Nigdzie w Europie w centrach wielkich miast nie ma pustych działek, tylko w Polsce. Dlaczego? Bo w Polsce nie ma podatku od rynkowej wartości gruntu. Nie chodzi o to, żeby ktoś płacił horrendalną sumę za swoje małe mieszkanie, które jest jego jedyną siedzibą. Chodzi o to, żeby inwestor, który kupuje działkę w atrakcyjnej lokalizacji w mieście, nie trzymał jej czekając latami na kilkakrotne przebicie.

Przykład - Miasteczko Wilanów w Warszawie. Ogromny teren - 160 ha - przez lata po uchwaleniu planu jest wciąż niezabudowany, właściciel terenu sam decyduje o tempie budowy miasteczka. Inni deweloperzy w tym czasie nalegają, żeby uchwalać nowe plany, bo nie mają gdzie budować.

Brak takiego instrumentu jak podatek od wartości nieruchomości czyni władzę samorządową bezradną w sterowaniu rozwojem miasta.

Czym to grozi?

- Miasto się rozlewa na nowe, zielone tereny. A rozproszenie terytorialne miasta jest czymś bardzo złym. Uniemożliwia racjonalną obsługę zarówno poprzez infrastrukturę jak i transport. Budujemy na szambach, bo nie ma kanalizacji, nie mamy szkoły, bo dla stu rodzin nikt szkoły nie zbuduje i stoimy w korkach, bo dla osiedla oddalonego o 20 km od centrum nie opłaca się puszczać autobusów.

Mamy dziś załamanie się struktury miasta w wyniku złego planowania.

Popełniamy błędy miast Europy Zachodniej sprzed 40 lat. W latach 60. samochód stał się dostępny dla mas i nagle zaczęło być możliwe rozproszenie zabudowy. Dzisiaj przeciwko temu zjawisku prowadzi się intensywną politykę na poziomie państw i regionów.

Na czym ona polega?

- Po pierwsze zapobiega się niekontrolowanemu rozlewaniu się miast, czyli "urban sprawl", na pola i tereny zielone i sprzyja powstawaniu "compact cities" - zwartych miast. Anglicy mają na przykład tzw. Regional Planning Act. Odpowiednik naszego wojewody sprawdza, czy projekt planu zagospodarowania, który ma wprowadzić zabudowę na nowe tereny, jest poparty odpowiednią analizą. Władze lokalne nie mogą według własnego widzimisię planować rozwoju miasta na terenach dotąd niezurbanizowanych.

Chodzi o to, by nie niszczyć tzw. greenfields, czyli terenów zielonych. A po drugie, żeby maksymalnie wykorzystać tzw. "brownfields", czyli tereny, które odebraliśmy przyrodzie, a dzisiaj z różnych powodów nie są już potrzebne. To na przykład stare tereny portowe, czy przemysłowe. Więcej niż połowa zabudowy musi być w nowych planach realizowana na dotychczasowych "brownfields".

W studium rozwoju Warszawy uchwalonym w 2006 r. praktycznie wszystkie tereny przeznaczono na zabudowę, niewielkie kawałki zostawiono zielone. Nikt nie wie, czy to jest prognoza potrzeb nowych terenów budowlanych na najbliższe 15 czy 50 lat.

Co się stało? Symboliczne i estetyczne myślenie o mieście zostało zastąpione wyłącznie komercyjnym?

- Zabrakło idei dobra wspólnego. Śledzę dyskusję o reklamach wieloformatowych. Zarząd Dróg Miejskich zza lewego ucha wyciągnął argument, dlaczego należy zdjąć reklamy - bo stanowią zagrożenie dla kierowców. Wstydzimy się powiedzieć, że to jest śmieć. A w przestrzeni publicznej nie wolno śmiecić, tak jak nie wolno nikogo napadać. To jest agresja wizualna. Za to powinien być mandat. To powinno być zakazane, nieważne czy ktoś wiesza płachtę reklamową na prywatnym domu, czy należącym do miasta.

Pojęcie dobra wspólnego zostało skompromitowane w poprzednim ustroju. Wtedy jednostka była niczym, teraz mamy wahnięcie w drugą stronę, jednostka jest wszystkim. Nie mamy języka, by mówić o tym co wspólne, by tego bronić.

Myślenie symboliczne o przestrzeni miejskiej to także pomniki. Ostatnio na każdym wolnym skwerze w mieście ktoś chce postawić pomnik jakiejś osobie, czy idei. To także zawłaszczanie przestrzeni.

- Ja to oceniam pozytywnie. Ważne jest, żeby w przestrzeni publicznej wyeksponować coś, co nas jednoczy albo nam coś przypomina. To, co się dzieje w przestrzeni publicznej silnie na nas oddziaływuje. Reklamodawcy o tym wiedzą.

Ludzie nie protestują, kiedy miasto znika pod płachtami reklamowymi. Dlaczego?

- To pytanie do socjologów, niech wytłumaczą, dlaczego jesteśmy tacy bierni. Z moich obserwacji wynika, że ludzie nie wiedzą, jakie mają możliwości. W naszym ustawodawstwie planowanie to jedyna dziedzina, na którą możemy mieć bezpośredni wpływ. Każdy może napisać uwagę do planu, nie trzeba nawet mieszkać w danej miejscowości. Tylko, że niewiele o osób z tego prawa korzysta.

Podjęłam taką próbę jako obywatel. Kiedy samorząd warszawski zdecydował o przygotowywaniu planu zagospodarowania tzw. Parku pod Skocznią na Mokotowie i zabudowaniu terenów, które miały być zielonym klinem dla miasta, napisałam listy do pani prezydent miasta i przewodniczącej Rady Warszawy. Pani przewodnicząca odpowiedziała na moje uwagi i wyjaśniła, że decydujący głos ma komisja ładu przestrzennego i że jeśli na sesji rady komisja mówi, że nie ma uwag do planu, to wszyscy podnoszą rękę. Sprawdziłam skład komisji ładu przestrzennego. Tam nie ma ani jednego architekta czy urbanisty.

Wśród znajomych i profesjonalistów rozesłałam mój głos - protest. Jedni się podpisywali, inni mnie wyśmiali. Ktoś spytał, jaki ja mam w tym interes. To pytanie, na które nie znam odpowiedzi i od razu zaczynam się wstydzić czy przypadkiem nie mam jakiegoś "podejrzanego interesu". Wszyscy, z którymi rozmawiam narzekają na to, że jest brzydko, że źle się dzieje w przestrzeni miast. Pytają, dlaczego tak jest. Mówię im, że dlatego, bo wy się na to godzicie, wszyscy.

*Magdalena Staniszkis - architekt, urbanistka, wykładowca Politechniki Warszawskiej. Zaprojektowała z zespołem m.in. siedzibę Rodan Systems w Warszawie przy ul. Puławskiej (budynek uznany za jedną z 20 Ikon Polskiej Architektury) i Dom Małego Księcia Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci. Jest autorką planu Śródmieścia Warszawy z 1983 r.

Autor:  Wojtek [ Wt lip 22, 2008 21:44 ]
Tytuł: 

Mam wrażenie, że to ona pisała ostatnią nowelę do ustawy o planowaniu - dobra jest.

Autor:  jacor [ Pt sty 15, 2010 12:57 ]
Tytuł:  Re: [pr] Do szczęścia potrzebne jest miasto

Im więcej takich głosów, tym szybciej nastąpi jakaś zmiana...

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7455320,Amerykanin_o_Warszawie__przypomina_mi_Moskwe.html?as=2&ias=2&startsz=x

Cytuj:
Amerykanin o Warszawie: przypomina mi Moskwę
Rozmawiała Katarzyna Jaklewicz 2010-01-15, ostatnia aktualizacja 2010-01-14 20:08:11.0

Rozmowa na piątek. Polacy kochają Barcelonę. Lubią też Amsterdam. Dlaczego? Bo po tych miastach można chodzić. Czemu w Warszawie nie może być tak samo? - przeczytaj jak Warszawa wygląda w oczach mieszkającego tu Amerykanina.

KATARZYNA JAKLEWICZ: Przyjechał pan do Warszawy cztery lata temu. Pamięta pan pierwsze wrażenia?

PETER RICHARDS*: Najpierw uściślę. Mieszkałem w Warszawie już wcześniej. W 1993 roku przyjechałem tu pierwszy raz. Po kilku latach wyjechałem do Londynu i wróciłem w 2005 roku.

Jak trafił pan do Warszawy pierwszy raz?

Na początku lat 90. kończyłem studia w Waszyngtonie. To był czas wielkich zmian w Europie Wschodniej. Chciałem je zobaczyć na własne oczy. Wtedy sekretarzem stanu była Madeleine Albright, Czeszka z pochodzenia, więc po myślałem: wybiorę Pragę. Pojechałem tam na stypendium, a gdy się skończyło, musiałem zadecydować, co dalej. Znalazłem pracę w Warszawie. Miałem pomagać w reorganizacji prywatyzującym się zakładom państwowym.

Warszawa w przeciwieństwie do Pragi raczej nie słynie w świecie z urody. Nie było rozczarowania i myśli: mój Boże, nie chcę tu mieszkać!

- Rzeczywiście, architektonicznie Praga jest atrakcyjniejsza. Powiedział bym też, że jest trochę irlandzka. Ludzie spotykają się w pubach, żeby napić się piwa i podyskutować. Rozmawiają godzinami, piją, a potem rozchodzą się do domów. W Warszawie spotkałem się z czymś zupełnie innym. Nie jadało się tak często na mieście, może dlatego, że jedzenie i alkohol były trzy razy droższe niż w Pradze. Życie towarzyskie toczyło się w domach. Ludzie zapraszali mnie do siebie, do stawałem prawdziwe jedzenie, gotowanie się celebrowało. Dzięki temu bardzo szybko poznawałem ludzi, bo jak ktoś zaprasza cię do domu, to poznajesz też jego babcię, mamę i brata. W domach od bywały się imprezy. Takie prawdziwe, z tańca mi do 4 nad ranem. O 2 podgrzewało się bigos, a potem dalej tańczyło i piło. Polska przypominała wtedy Stany z lat 70, bardzo mi się to podobało. Spotkałem chyba ostatnie pokolenie, w którym czuć autentyczność.

To znaczy?

- Tu są prawdziwe owoce i warzywa. Na Zachodzie jest moda na żywność organiczną, a tu ona jest sprzedawana na straganie na każdym rogu. Tam wybiera się w sklepie tylko idealne owoce, bez skazy. Polacy wrzucą do koszyka właśnie te ze skazą, bo wiedzą, że w naturze to normalne. Raczej te idealne wzbudzą ich podejrzliwość, bo oni wiedzą jeszcze, jak smakują prawdziwe jabłka. Związki między ludzkie są zupełnie inne. Gdy tu w aucie padł mi akumulator o 2 w nocy, wiedziałem, że mogę zadzwonić do przyjaciela i przyjedzie mi pomóc. Gdy bym zadzwonił do znajomego, mieszkając w Stanach czy w Europie Zachodniej, powiedziałby: "Dzwonisz do mnie? Są warsztaty".

Wrócił pan po kilku latach. Co się zmieniło?

- Na początku lat 90. czuć było równość. Nie było klas społecznych. Potem jedni się dorobili, inni nie. Wcześniej nie było warszawki, takiego towarzystwa wzajemnej adoracji uważającego się za elitę. Nie było takich klubów, jak np. Platinum, dokąd z resztą nie chodzę, w których bramkarz może wyłowić cię z kolejki i powiedzieć, że się nie nadajesz.

Ale w Londynie czy innych europejskich miastach jest tak samo...

- Dlatego tam do klubów też nie chodzę! Wracając do Warszawy - kiedy mnie nie było, z mapy zniknęło wiele lokali np. Nowy Świat. Między Nami, gdzie siedzimy, przetrwało, ale wiele miejsc nie miało tyle szczęścia. Te, które przetrwały, zawdzięczają to artystom. Oni tworzą wspólnoty, przy wiązu ją się do miejsca. To właśnie artyści pchają to miasto do przodu. Dlatego cieszę się, że odgrywają coraz większą rolę miejsca takie jak Chłodna 25, Kępa Café czy ostatnio Nowy Wspaniały Świat, gdzie można nie tylko napić się kawy albo piwa, ale też wziąć udział w ciekawej dyskusji albo posłuchać muzyki. Kępa Café, na Saskiej Kępie, gdzie mieszkam, organizuje spotkania z ciekawymi osobami. Czasem goście nie mieszczą się w środku i niektórzy muszą stać na ulicy. Takie miejsca to jak klejnoty wśród brzydoty tego miasta.

A złe strony Warszawy?

- Po pierwsze, nie ma centrum. Na dodatek ulice okupują banki. Zamyka się je o 7 i po tej godzinie nie ma już po co chodzić po mieście. A przecież można z tym coś zrobić. W wielu miastach na świecie są regulujące to przepisy, zgodnie z którymi np. nie może być banków przy głównych ulicach miast, dopiero przy tych równoległych. Warszawskie władze nie są zbyt kreatywne. Dopiero jak oddolnie narodzi się jakiś pomysł na ożywienie miasta, dostrzegają to i - na szczęście - pomagają, oferując np. jakieś lokum na preferencyjnych warunkach, jak było z Nowym Wspaniałym Światem czy 1500m2 do wynajęcia.

Inny problem to, że dzielnice nie mają swojej specyfiki, charakteru. No dobrze, trochę się to zmienia na Pradze, która powoli staje się dzielnicą artystyczną. Po co jednak wybierać się na Wolę? W Londynie wiadomo, że Notting Hill to market z antykami, a np. Camden Town to gotyckie ubrania i salony piercingu. W Warszawie czegoś takiego nie ma. Zmiana tej sytuacji to też zadanie dla władz miasta.

W innych miastach takie rzeczy dzieją się spontanicznie. Nikt nie decyduje od górnie: tu będzie dzielnica targowa, a tu artystyczna.

- To prawda, ale można takie rzeczy inspirować. Na przy kład oddać jakąś dzielnicę na ty dzień artystom. Niech wymyślą jakiś happening. podczas którego wspólnie z mieszkańcami okolicy zadecydują - co pasuje do dzielnicy, czym po winna przy ciągać. Władze mogą zrobić też wiele innych rzeczy, żeby poprawić estetykę miasta.

Na przykład?

- Ujednolicić wielkość sklepowych szyldów, nakazać zwiesza nie ich na jednym poziomie. Tak jest w innych miastach i wygląda to estetycznie. Proszę jechać na plac Wilsona - każdy szyld jest innej wielkości, inaczej zawieszony. Pojawił się tam punkt z kebabami - i co? Na budynku zawisła jego reklama ogromnych rozmiarów.

In na sprawa to billboardy. Niech wiszą w centrum, ale nie w dzielnicach mieszkalnych. Saska Kępa na przy kład chce wykreować się jako elegancka dzielnica, a wszędzie wciąż straszą wielkie tablice reklamowe.

Kolejny problem - mogę podać konkretne przykłady z Saskiej Kępy i Sadyby - sprzedawanie wszystkiego deweloperom. Stare kamienice, których tak mało w tym mieście, są kupowane ze względu na wartość gruntu. Potem właściciele nie remontują ich, tylko burzą, a potem ziemię sprzedają deweloperom. Jakaś instytucja po winna bronić takich budynków.

Są konserwatorzy zabytków, ale bywają bezsilni. Na ich oczach zburzono zabytkową parowozownię na Pradze.

- To bandytyzm! Sprawa dla policji.

Czy Warszawę szpeci Pałac Kultury? Mimo że jest w rejestrze zabytków, przez naszą stronę internetową ostatnio przetoczyła się kolejna burzliwa dyskusja: burzyć czy zostawić. Burzyć?

- Moim zdaniem zdecydowanie zostawić. Choćby ze względów ekologicznych. Proszę sobie wyobrazić, jaka kupa gruzu powstała by po zburzeniu tak wielkiego budynku! Ten gruz trzeba by gdzieś wywieźć i zakopać, a to ogromne koszty. Do tego ciężarówki kursujące w tę i z powrotem i wydzielające spaliny. Po za tym po co burzyć PKiN? Przecież spełnia swoje zadanie. Przypuszczam, że Kinoteka to jedno za najpopularniejszych kin w Warszawie. Café Kulturalna jest zawsze pełna. Jako obcokrajowiec mogę powiedzieć, że turystom Pałac nie przeszkadza. Przeciwnie, jest namiastką Moskwy, do której rzadziej się wybieramy. Warszawa to popularniejszy cel podróży, choć by na weekend, bo do Polski nie potrzebujemy wiz.

Ale właśnie to skojarzenie z Moskwą wielu nie koniecznie cieszy.

- Prawdziwy problem to nie Pałac Kultury, ale Dworzec Centralny, który funduje turystom naprawdę niemiłe powitanie. Albo kwestia przestrzeni dookoła Pałacu. Wzdłuż Emilii Plater wyrastają wieżowce. Tego nie ma w wielu innych stolicach, gdzie zabudowa utrzymywana jest na jednolitym poziomie. W Paryżu np. umiejscowiono dzielnicę biur i wieżowców - La Défense - poza ścisłym centrum.

W Warszawie na to już chyba za późno?

- Nie koniecznie, to ciągle da się zrobić. A jeśli polski Manhattan ma wyrastać w centrum, niech i rozwiązania będą takie jak na Manhattanie, gdzie często właściwa część drapacza chmur jest uniesiona nad ziemią, a na poziomie chodnika powstają restauracje, bary. Inaczej okolica wieczorami będzie wymarła.

Teraz też nie jest najlepiej. Poza Café Kulturalną w bezpośredniej okolicy PKiN niewiele się dzieje

- To prawda. Częściowo przez to, że miasto jest przyjazne kierowcom, a nie pieszym. Na całym świecie jest tendencja, żeby ulice w centrum zwężać, a poszerzać strefę dla pieszych. Gdy by np. zwęzić Marszałkowską, tworząc pas do parkowania zamiast jednej jezdni, okolica mogłaby się ożywić. Piesi kupują więcej niż zmotoryzowani - spontanicznie wejdą na kawę, zajrzą do sklepu, bo skusi ich wystawa.

Ale Warszawa faworyzuje kierowców. Podobnie było z Barceloną. Gdy dostała możliwość organizowania olimpiady, powstał wielki plan rewitalizacji miasta. Ograniczono ruch samochodów w centrum. Po wstała plaża, a wzdłuż niej długi deptak. Dziś Polacy kochają Barcelonę. Lubią też Amsterdam. Dlaczego? Bo po tych miastach można chodzić.

Cze mu warszawiacy nie zrobią tego samego u siebie? Każdy może wpływać na miasto, na rzeczywistość. Mój ojciec wpoił mi jedną zasadę "You don't know if you don't try", czyli nie będziesz wie dział, jeśli nie spróbujesz. Ponieważ Warszawa jest, porównując np. do Londynu, stosunkowo małym miastem, mniej czasu spędza się na dojeżdżaniu do pracy. To daje nam dodatkowe godziny, które teoretycznie można wykorzystać inaczej, np. zaangażować się w wolontariat. Ja zrobiłem to w 2007 roku. Po prowadziłem w Podkowie Leśnej warsztaty po święcone zrównoważonemu rozwojowi miast. Gdy otwarto Kępa Café, zaangażowałem się w mnóstwo tamtejszych spotkań, odczytów. Podczas dyskusji na temat przyszłości Wisły w Czułym Barbarzyńcy spotkałem z kolei Grupę Centrala. Razem zajęliśmy później drugie miejsce w konkursie architektonicznym na zagospodarowanie okolic Stadionu Narodowego. W ubiegłym roku brałem udział w spotkaniach z cyklu DNA Miasta organizowanych przez Res Republikę i byłem jurorem w konkursie "Wykreuj Warszawę". To był efekt domina - moje zaangażowanie w jeden projekt pociągało kolejne propozycje.

Czy w ten sposób poznał pan przyjaciół?

- Tak, przez wolontariat. I w dużej mierze to właśnie z ich powodu mieszkam w Warszawie. Siedziba mojej fundacji mieści się w Wiedniu. Pojawiam się tam raz na ty dzień, większość czasu pracuję w domu. Nie chciałem mieszkać w Austrii, bo nie mówię po niemiecku. Mógłbym przeprowadzić się jednak do Wrocławia. Wydaje mi się bardziej otwarty na zmiany, bardziej postępowy, ale w sposób przyjazny środowisku. Ale wybrałem Warszawę.

Polacy, podobnie jak Włosi, podróżują w grupach. Np. kilka par skrzykuje się i wyrusza gdzieś w góry na kilka dni albo na sylwestra. Bardzo to lubię. W innych krajach rzadko tak się robi. Dla mnie miasto to przede wszystkim ludzie, których mamy wokół siebie. A ja mam tu wspaniałych przyjaciół.

*Peter Richards

- z pochodzenia Amerykanin, z wyboru warszawianin, mieszkaniec Saskiej Kępy. Zawodowo dyrektor ds. komunikacji austriackiej fundacji REEEP zajmującej się odnawialnymi źródłami energii i jej efektywnym wykorzystaniem. Jako wolontariusz współpracuje z Grupą Projektową "Centrala", ostatnio był członkiem jury konkursu "Wykreuj Warszawę"

Strona 1 z 1 Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
http://www.phpbb.com/