Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: Śr paź 03, 2007 21:45 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Do poczytania dla chetnych. Ja takich osiedli nie lubie i nie popieram.

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4530848.html

Polsko, otwórz się
Katarzyna Surmiak-Domańska2007-10-02, ostatnia aktualizacja 2007-09-28 17:16

Do nas przyjeżdżają geografowie i urbaniści z Niemiec, żeby studiować zjawisko osiedli zamkniętych. Rozmowa z profesor Marią Lewicką i jej doktorantką Katarzyną Zaborską z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego

Co robi na paniach największe wrażenie w osiedlach zamkniętych?

Maria Lewicka: Może dzieci...

Katarzyna Zaborska: Na pewne osiedle zamknięte przeniknęły raz dzieci z sąsiadującego z nim osiedla otwartego. Te z zamkniętego początkowo były zadowolone, że jest więcej towarzystwa. Zaczęła się zabawa, jakaś gra, rywalizacja. Było miło, dopóki dzieci z otwartego nie zaczęły wygrywać. I wtedy rezolutny chłopiec z zamkniętego poszedł po ochroniarza. Kazał mu wyprosić tamte dzieci, bo to nie ich podwórko.

M.L.: Przygnębiające są place zabaw. Piaskownica z huśtawką ogrodzona płotem. Chyba to niezbyt dla dzieci atrakcyjne.

Dlaczego?

M.L.: Bo przypomina klatkę. Dzieci muszą mieć przestrzeń otwartą, którą mogą samodzielnie eksplorować. Dzikie tereny, jakaś górka w pobliżu, z której można zjeżdżać na sankach, drzewo, na które można wejść.

K.Z.: W osiedlu Marina Mokotów, pięciotysięcznym miasteczku o powierzchni 32 ha ogrodzonym murem, każdy z bloków jest dodatkowo ogrodzony osobnym płotem. Jest plac zabaw zbiorczy i są place przydomowe zamykane na kod. Dziecko nie może spontanicznie zacząć bawić się z innym, bo dzieli je płot.

M.L.: Miejmy nadzieję, że dzieci z Mariny zrobią dziurę w płocie. Dzieci zawsze robiły dziury w płotach.

Niedawno zakończyły panie badania w dziewięciu warszawskich osiedlach zamkniętych. Ankietowały panie 295 mieszkających tam osób.

K.Z.: Teraz dla porównania badamy mieszkańców osiedli otwartych sąsiadujących z zamkniętymi. Interesują nas ich wzajemne relacje. Jak łatwo się domyślić, nie zawsze są one najlepsze. Przy czym, co ciekawe, większa jest niechęć mieszkańców osiedli otwartych do zamkniętych niż odwrotnie.

M.L.: Zaczyna się od tego, że gdy w środku blokowiska wyrośnie nagle nowe zamknięte osiedle, zmienia ono życie dotychczasowych mieszkańców. Na trasie wytartego skrótu do autobusu czy do osiedlowego sklepu wyrasta płot i trzeba nadkładać drogi. Teren osiedla otwartego traktowany jest jako gorszy, tu mieszkańcy zamkniętego wyprowadzają psy, a ich goście parkują swoje samochody, żeby uniknąć nużącej rozmowy z ochroniarzem. Dzieci z osiedla otwartego nie mogą korzystać z placu zabaw na zamkniętym, ale dzieci z zamkniętego chodzą bawić się na otwarte, bo tam jest fajniej. Nic dziwnego zatem, że osiedla otwarte, położone w sąsiedztwie zamkniętych, też zaczynają się grodzić.

K.Z.: W ramach protestu pewni mieszkańcy osiedla otwartego wtargnęli raz na teren zamkniętego i zrobili sobie pod oknami sąsiadów grill z głośnymi śpiewami i krzykami.

M.L.: Jedna z naszych studentek zapytała 30 osób z osiedla zamkniętego i 30 osób z sąsiadującego z nim osiedla otwartego, jak rozdzieliłyby hipotetyczną kwotę pieniędzy spółdzielni pomiędzy swoje osiedla, biorąc pod uwagę takie cele jak malowanie klatek, obniżenie czynszu, odnowienie placu zabaw dla dzieci itp. "Otwarci" przyznawali sobie zdecydowanie więcej. Natomiast "zamknięci" dzielili po równo, a nawet więcej przyznawali otwartym.

Jak to wytłumaczyć?

M.L.: Tym, że większość osób, które teraz mieszkają na osiedlach zamkniętych, kiedyś mieszkała na otwartych - przeprowadziła się w wyniku awansu społecznego. Znają ludzi z osiedli otwartych i potrzeby ich osiedli, które zwykle są większe niż osiedli zamkniętych. Natomiast ci, którzy pozostali na przestrzeni otwartej, często patrzą na ogrodzonych sąsiadów z niechęcią. Przypisują im bogactwo, snobizm, mniejszą otwartość na obcych. Z drugiej jednak strony badania, które w 2002 roku przeprowadził profesor Jałowiecki, pokazują, że większość warszawiaków zaakceptowała fakt istnienia w naszym miejskim krajobrazie zamkniętych osiedli i apartamentowców.

Skąd to grodzenie się wzięło?

M.L.: Ze Stanów Zjednoczonych. Zaczęło się od enklaw w USA dla ludzi starych. W latach 60. powstawały w Kalifornii całe obmurowane miasteczka ze wszystkimi usługami, przystosowane do potrzeb ludzi nie w pełni sprawnych, którzy potrzebowali odgrodzenia od zgiełku i niebezpiecznego świata. Na szeroką skalę zaczęło się to rozwijać w latach 80. Wtedy powstają osiedla zamknięte ze względu na bezpieczeństwo, ze względu na styl życia - na przykład dla miłośników gry w golfa - oraz czysto prestiżowe. W Polsce mamy głównie do czynienia z tymi pierwszymi - nastawionymi na bezpieczeństwo.

Angielska Wikipedia podaje, że "gated communnities" występują głównie w USA, Ameryce Południowej, Afryce, Chinach. Natomiast w Europie szczególnie dużo jest ich w Polsce.

M.L.: Przede wszystkim szczególnie dużo jest ich w Warszawie. W innych naszych miastach są mniej popularne, choć występują. W Skandynawii nie ma ich w ogóle. W Niemczech bardzo mało. Są za to w Wielkiej Brytanii, pojawiają się w Holandii. Są w Rosji - tu pojawiają się też typowe osiedla prestiżu. Niektórzy tłumaczą to tym, że potrzeba własności, tłumiona przez lata komunizmu, realizuje się teraz w przesadzonej formie. Ale kiedy nasi studenci organizowali spotkania na ten temat dla studentów ze Słowenii i Estonii, dla nich była to rzecz nowa. W Czechach osiedli grodzonych chyba też nie ma, podobnie w byłym NRD.


A w Warszawie mamy już 400.

M.L.: Polska w większym stopniu naśladuje wzory amerykańskie niż na przykład zachodnioeuropejskie. Do nas przyjeżdżają geo-grafowie i urbaniści z Niemiec, żeby studiować zjawisko osiedli zamkniętych. Kiedy proszą nas o wypowiedź na ten temat, to muszę przyznać, że często czuję się w obowiązku jakoś nas usprawiedliwiać, tłumaczyć, że jest to sposób odreagowywania czasów, gdy wszystko było wspólne, czyli niczyje, i gdy nie mieliśmy wpływu na to, gdzie i jak mieszkamy.

A oni jak to widzą?

M.L.: Jako czystą formę segregacji społecznej.

I mają rację?

M.L.: Niestety, tak.

K.Z.: Ludzie z osiedli strzeżonych to w pewnym sensie miejska elita. Zarabiają lepiej niż przeciętna, mają wyższy status społeczny. Za murem pozostają ci, których jeszcze na takie mieszkania nie stać. Może to powodować wzajemne antagonizmy. Z psychologii wiadomo, że wystarczy dowolny podział, według jakiegokolwiek kryterium. Wystarczy nazwać jednych ludzi grupą A, a drugich grupą B, żeby pojawiła się wzajemna niechęć - podnoszenie wartości własnej grupy i deprecjonowanie drugiej. Takim naturalnym kryterium podziału na "my" i "oni" jest oczywiście płot lub strażnik broniący dostępu osobom obcym.

Dlaczego Polacy tak zapamiętale się grodzą?

K.Z.: Pierwszym powodem, który podają w ankietach, jest bezpieczeństwo.

Znajoma mówi: "Chcielibyśmy się przeprowadzić na osiedle strzeżone. Ale wiesz, my tylko z powodu bezpieczeństwa". Ona mieszka w kamienicy na Starym Mokotowie. Pytam: czy ktoś was okradł? Odpowiada, że nie.

M.L.: Ale może okraść.

W Warszawie przestępczość maleje, a płotów i murów przybywa. Czego się tak strasznie boimy?

M.L.: Nie ma związku między obiektywnym poziomem bezpieczeństwa a jego subiektywnym odczuciem. To potwierdzają badania zarówno polskie, jak i amerykańskie. Bezpieczeństwo może pojawiać się na pierwszym miejscu jako powód grodzenia, niezależnie od tego, jak bardzo bezpieczna jest okolica. Brak poczucia bezpieczeństwa wpisuje się w charakterystyczny dla Polaków brak zaufania do nieznanych sobie osób. Europejskie sondaże pokazują, że Polacy plasują się najniżej w całej Europie, jeśli chodzi o poziom zaufania do ludzi w ogóle. A - jak z kolei pokazują nasze badania - to właśnie brak zaufania jest najlepszym wyznacznikiem stosunku do grodzenia. Ci, którzy zasadniczo ufają ludziom, są przeciwni grodzeniu i woleliby mieszkać na przestrzeni otwartej.

K.Z.: Drugim podawanym motywem jest estetyka. Osiedla zamknięte są bardziej zadbane, a klatki czystsze. Trudno się zresztą dziwić temu, że ludzie chcą mieszkać schludnie.

Natomiast na trzecim miejscu w naszych ankietach pojawia się potrzeba prywatności. W Polsce zaczyna ona graniczyć z obsesją. Znikły tabliczki z nazwiskiem na drzwiach. Nie wiemy, jak się nazywamy. Kiedy stoję pod klatką koleżanki i zdarzy się, że zapomnę numeru drzwi, muszę dzwonić do niej na komórkę.

We Francji, podając adres domowy, nie podaje się numeru mieszkania, bo wiadomo, że listonosz czy gość zawsze znajdzie nazwisko na domofonie. U nas najlepiej sprzedają się domofony bez wizytowników.

K.Z.: Polacy masowo, kiedy to tylko stało się możliwe, wycofali swoje nazwiska z list lokatorów i z książek telefonicznych.

Umieściłam takie pytanie w ankiecie: czy znajomi, którzy mnie odwiedzają, powinni mieć obowiązek legitymowania się w portierni? Wiele głosów było za. Znam osiedla, na których trzeba pokazać portierowi dowód tożsamości. I znam osoby, które nie lubią odwiedzać swoich znajomych, bo to uciążliwe.

Ja przez kilka lat mieszkałam na warszawskich Stawkach. W latach 70. osiedle to uchodziło za elitarne. Było otwarte i nikomu to nie przeszkadzało do czasu, gdy w połowie lat 90. obok zaczęły wyrastać znacznie bardziej elitarne Osiedle Prezydenckie i Babka Tower. Wtedy zaczęto zbierać podpisy pod wnioskiem o ogrodzenie naszych wieżowców. Sąsiadka przekonywała: "Chyba pani nie chce, żeby ktoś obcy przechodził sobie przez nasze podwórko".

M.L.: Pytanie tylko, kim jest ten obcy. Ludzie na nowych osiedlach i tak mało się znają. Duża grupa to osoby, które wynajmują mieszkania. I ciągle się zmieniają.

K.Z.: Widok obcej osoby nie dziwi, bo nie wiadomo, czy to gosposia, niania, mama sąsiada, a może i sam sąsiad, przecież tak naprawdę nie znamy się z sąsiadami. Ludzie coraz rzadziej mówią sobie dzień dobry. Jeden ze znajomych opowiadał, że powiedział kiedyś dzień dobry sąsiadce, którą często mija, a ona się wystraszyła.


Bezpieczeństwo to słowo fetysz?

M.L.: W pewnym sensie fetysz.

K.Z.: Poza tym łatwiej jest powiedzieć, że zależy mi na bezpieczeństwie, niż że chodzi o snobizm.

A chodzi trochę o snobizm?

K.Z.: Względy prestiżowe są przez naszych badanych wymieniane na jednym z ostatnich miejsc. Ale z pewnością mieszkanie w strzeżonym osiedlu lub apartamentowcu to tak zwany dobry adres - znak, że nam się w życiu powiodło. O wyjątkowości adresu mają też świadczyć choćby nazwy: Zielone Zacisze, Leśna Polana, Brzozowy Zagajnik, Bukowy Dworek, Osiedle Zeusa, Lazurowa Dolina, Zielone Mieszkanko II, Słoneczny Stok. Deweloperzy kreują modę na domy szczęśliwych ludzi.

Kto więc tam mieszka?

M.L.: Z naszych badań wynika, że są to na ogół osoby młode (średnia wieku około 35 lat) i dobrze wykształcone. 41 proc. badanych przez nas osób miało w domu więcej niż 200 książek. Byli też bardziej aktywni społecznie - tylko 12 proc. nie uczestniczyło w żadnej formie aktywności niezawodowej.

Zdecydowanie odbiegają od przeciętnej krajowej pod względem przekonań politycznych i obyczajowych: 62 proc. głosowało na Platformę Obywatelską, 39,6 proc. uznało, że w stosunkach homoseksualnych nie ma nic niewłaściwego, 67,5 proc. to czytelnicy "Gazety Wyborczej" i tylko 4,1 proc. "Naszego Dziennika".

Prawdopodobnie traktują mieszkanie na tego typu osiedlach jako adres tymczasowy - docelowym będzie dopiero własny domek. Pracują lub studiują całymi dniami, wracają do domu późnym wieczorem, chcą mieć gwarancję, że mieszkanie jest bezpieczne, że nikt nieproszony ich nie będzie nawiedzał.

K.Z.: Trzeba też pamiętać, że mieszkania w osiedlach strzeżonych mają wyższy standard. Jeśli ktoś, kogo na to stać, chce mieszkać nowocześnie, bez dziurawych rur, z miejscem do zaparkowania samochodu, to nie ma wyboru. Innych domów się u nas nie buduje.

Deweloperzy tłumaczą się, że budują osiedla zamknięte, bo wszyscy chcą zamkniętych.

K.Z.: Na targach mieszkaniowych pytałam ludzi, na jakim osiedlu woleliby mieszkać. Tylko połowa chciała mieszkać na osiedlu całkowicie zamkniętym. Ale jedna czwarta chciała w zamykanym na noc. Więc generalnie większość jest za. I oferty są przygotowywane pod kątem tej większości. Poza tym nasze badania pokazują, że ludzie, którzy już tam zamieszkali, są z tego zadowoleni. Gdyby mieli się przeprowadzić, to też na osiedle zamknięte.

Zwolennicy grodzenia mówią, że ono zawsze miało miejsce.

M.L.: Owszem, przed wojną w szanujących się kamienicach był stróż, który otwierał bramę. Ale to nie jest to samo. Czym innym jest zamknięcie podwórka, które i tak jest zamknięte architektonicznie, czy ogrodu, a co innego, gdy zamyka się przestrzeń, która jest taka sama jak ta, która zostaje na zewnątrz.

O ile naturalne jest zamykanie przestrzeni prywatnej czy półprywatnej, jak podwórko, o tyle nie jest naturalne zamykanie przestrzeni półpublicznej. Ona co prawda należy do jakiejś wspólnoty, na przykład spółdzielni, ale korzystają z niej inni, bo na jej terenie znajduje się sklep, krawiec czy warsztat samochodowy. Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że to czyjaś własność. Jeżeli widzę płotek wokół willi czy wiejskiej chatki, zamknięte podwórko miejskiej kamienicy - to jest widok naturalny, ale gdy płot ogradza pięć domów albo kilkanaście bloków, to już nie jest.

K.Z.: Charakter i urodę miasta tworzą place, rynki, skwery, zaułki, do których można zajrzeć, zwiedzając miasto, czyli tak zwana przestrzeń publiczna. Tylko że jeżeli zawłaszczymy sobie przestrzeń półpubliczną, to publiczna przestaje być nam potrzebna. Zostaje sprowadzona do roli korytarzy doprowadzających nas do naszych twierdz.

M.L.: W Los Angeles, w Beverly Hills, w części, gdzie mieszkają najbogatsi, nie ma nawet chodników, jest zakaz fotografowania i zakaz zatrzymywania samochodu. Jest jedno miejsce, gdzie można zatrzymać samochód, ale tak usytuowane, że nic z niego nie widać. Jeśli trafi się jakiś zabłąkany przechodzień, to podjeżdża do niego policjant i pyta, czy mu nie pomóc.

Znam takie miejscowości pod Warszawą. Składają się z ogrodzonych obiektów i zaniedbanej jezdni pomiędzy murami. Znajomi mieszkają na osiedlu, które reklamuje się bliskością Lasu Kabackiego. Problem w tym, że do lasu, który jest oddalony zaledwie o 400 metrów, trudno przejść piechotą, bo brakuje chodnika.

K.Z.: Funkcje przestrzeni publicznej przejmują centra handlowe. Tam są rzeźby, place zabaw, fontanny i tam się teraz chodzi na spacery.

M.L.: Warto też zwrócić uwagę, że atrakcyjność miasta, również dla inwestorów, zależy od tego, jak dobrą ma przestrzeń publiczną. A więc czy w mieście są miejsca, gdzie mogą się spotkać nieznane sobie osoby. Takie miejsca przyciągają klasę twórczą, jak mówi amerykański teoretyk miasta Richard Florida, a więc osoby, które będą decydować o rozwoju tego miasta. Krakowski Rynek został uznany za najlepszą przestrzeń publiczną na świecie. Może dlatego w Krakowie osiedli zamkniętych jest jak na lekarstwo. Podobnie w Pradze. A w Warszawie, zamiast się zastanowić, jak tę przestrzeń stworzyć - bo jej właściwie nie ma - wykrawamy jej kolejne kawałki i otaczamy płotem.


Czy osiedla strzeżone rzeczywiście są bezpieczniejsze?

M.L.: Jednak trochę tak.

K.Z.: Tylko że to nie musi być zasługa grodzenia.

M.L.: Z drugiej strony anonimowość, jaka się z nim wiąże, skutecznie to bezpieczeństwo obniża.

Prasa opisywała przypadek, kiedy to z pewnego mieszkania złodzieje wywieźli komuś wszystkie meble pod pretekstem przeprowadzki. W starej kamienicy to by nie było możliwe, sąsiedzi wiedzą, kto się przeprowadza. I to sąsiedzi są najlepszą ochroną pani mieszkania.

Ciekawym rysem naszych strzeżonych osiedli jest zanik indywidualnego poczucia odpowiedzialności za to, jak mieszkamy. Ludzie coraz częściej przenoszą tę odpowiedzialność na ochronę, rozmaite wynajęte firmy, administrację. Jeżeli ktoś niepowołany wejdzie do mojego domu, to wina ochrony. Jeżeli klatka schodowa nie jest nazbyt czysta, to wina firmy sprzątającej. Ja tylko płacę i wymagam.

Zresztą w tych osiedlach trudno jest mieć indywidualną inicjatywę - niech pani spróbuje na własną rękę posadzić kwiatki pod domem!

K.Z.: Nie ma nic złego w tym, że ludzie chcą mieszkać bezpiecznie i prestiżowo. Chodzi o to, że to wszystko można osiągnąć inaczej.

Jak?

K.Z.: W Holandii od pięciu lat buduje się osiedla według projektu secure by design, czyli bezpieczeństwo poprzez projekt. Przestrzeń jest dobrze oświetlona, zwłaszcza śmietniki, klatka schodowa przeszklona. Bryła budynku jest prosta, bez niepotrzebnych zaułków, załamań. Z każdego okna jest widok na optymalnie duży teren. Zamiast muru ostrokrzew, kwietnik. W tej przestrzeni jest coś takiego, że jak nie mam powodu, to nie wchodzę. Przysłowiowy menel nie będzie tam się czuł komfortowo.

Pierwsze takie osiedle u nas powstało w Siechnicach pod Wrocławiem. Drugie podobne powstaje w Szczecinie. Projektanci postawili na wzrost wzajemnego zaufania, na integrację mieszkańców, między innymi poprzez organizację osiedlowych imprez. Jest system kamer, dzięki którym każdy może w telewizji osiedlowej popatrzeć, co się dzieje w pobliżu.

Za kamerami panie są?

K.Z.: One działają. Tam, gdzie wiadomo, że są, chuligaństwo się zmniejsza. To efekt psychologiczny.

Mam wrażenie, że grodzenie wiąże się też ze sporą niewygodą. Te wszechobecne karty zbliżeniowe, kody, goście pałętający się w poszukiwaniu jakiejś bramy z domofonem, uzgadnianie wszystkiego ze strażnikami, trąbiące pod oknami samochody, które domagają się otwarcia szlabanu, bo chcą np. dostać się do magla za murami.

M.L.: A zamknięte na klucz bramy z napisem droga pożarowa?

K.Z.: Warto pomyśleć, jaka cenę płacimy za to bezpieczeństwo, które i tak jest fikcją, bo jak widać, pod pretekstem skorzystania z magla i tak wjeżdża każdy, kto chce.

Czy mury runą?

M.L.: Na razie się na to nie zanosi. Czytałam wprawdzie reklamę nowego budynku czy też zespołu budynków, chyba na warszawskiej Woli, której istotnym elementem było to, że nie będzie zamknięty. Może zatem stopniowo pojawi się nowe zjawisko: snobizm na otwarcie. Ale na razie, przynajmniej w Warszawie, to chyba niestety tylko margines. Grodzeń jest na świecie coraz więcej... Michael Moore wyśmiał to w filmie "Zabawy z bronią", który opowiada o tym, jak boją się Amerykanie. Moore porównuje ich z Kanadyjczykami, którzy w ogóle nie zamykają domów na klucz. Nawet jeśli zostaną okradzeni, to nadal nie uważają za potrzebne się zamykać.

W Polsce mało jest osób, które świadomie rezygnują z osiedla strzeżonego. Takich jak mój znajomy, który przeniósł się z warszawskich Kabat na Powiśle i jest z tego bardzo zadowolony. Mówi: Wyniosłem się z tej Kabaciarni. Wreszcie mieszkam w normalnym domu, gdzie starsza pani podlewa kwiatki na klatce schodowej i gdzie mam na dole pijaka.

Ja z kolei walczę o to, żeby nie dopuścić do zamknięcia mojego osiedla, które zresztą znajduje się w centrum miasta, więc zdecydowanie nie należy go ogradzać płotem. Jest strzeżone, ale niezamknięte.


Kiedy się już zabezpieczymy, zawsze może pojawić się pokusa, żeby zabezpieczyć się jeszcze bardziej.

M.L.: Gdyby pani jeszcze raz zapytała, co mnie najbardziej uderza w osiedlach zamkniętych, to powiedziałabym, że bezrefleksyjność ludzkich decyzji o tym, czy płot jest nam naprawdę potrzebny. Większość ludzi rozumuje według schematu: oni się już zamknęli, to my też musimy.

Warszawiacy nie lubią swojego miasta, w każdym razie - jak wynika z naszych badań - lubią je mniej, niż lubią swoje miasto poznaniacy, wrocławianie czy krakowianie... Ale robią wszystko, żeby to miasto było jeszcze brzydsze i jeszcze mniej się dawało lubić.

Myślę, że najwyższy czas zacząć ogólniejszą dyskusję na ten temat. I zacząć kreować modę na alternatywne sposoby zapewniania bezpieczeństwa. Wzorem mogą być rozwiązania europejskie - trzeba je jednak ludziom pokazać.

K.Z.: Najciekawsze jest to, że poczucie bezpieczeństwa osób żyjących w osiedlach strzeżonych paradoksalnie coraz bardziej się obniża. Przemykamy ze strzeżonego parkingu przy domu do takiego samego w pracy, hipermarkecie. Tu strażnicy, tu kamera, tam szlaban, karta - na każdym kroku coś mi przypomina, że trzeba uważać.

Tworzy się kultura strachu. Im bardziej się zamykamy, tym bardziej boimy się ludzi.


Źródło: Duży Format

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Cz paź 04, 2007 20:26 
Offline
Sympatyk

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 19:13
Posty: 17
Lokalizacja: Warszawa
Sam tez nie lubie osiedli zamknietych. Zawsze dziwie sie, iz tyle osob mieszka w tych osiedlach i caly czas multum ich w Warszawie powstaje. Bardzo dobry tekst, mam nadzieje, iz wiecej takich zacznie sie pojawiac, bo to coraz smutniejsze patrzec jak tak ludzie napedzaja wzajemnie się strachem.
Moje osiedle bylo kiedys calkowicie otwarte. Z 8 lat temu wybudowano nowe bloki, ktore ogrodzono i teraz tam gdzie bawilem sie jako maly chlopak pod gruszami nie moge teraz nawet wejsc. Teraz buduja nowe budynki i pewno niestety je znowu ogrodza. I tak bardzo przestrzenne osiedle Nowy Wawrzyszew kurczy sie.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Śr lis 12, 2008 2:06 
Offline
Greenpisarz

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 22:44
Posty: 630
Lokalizacja: Wawa/Praga Północ
http://wyborcza.pl/1,76842,5880471,Polowanie_na_Straznika_Teksasu.html

Marcin Kącki napisał(a):
Polowanie na Strażnika Teksasu
ostatnia aktualizacja 2008-11-04 09:39:43.0

Polskie osiedla bronią się i zamykają. A gdy nie pomaga ochrona? Jeśli mieszkańcy enklawy zaczynają wariować, bo wróg czai się wewnątrz? Ja, aby go złapać, zamontowałem kamerę w samochodzie...

Październik. Szary poranek. Zamknięte osiedle w centrum Poznania.

Odwożę córkę do szkoły i wracam pod blok. Na dwóch wolnych miejscach parkingowych stoi ciężarówka "Przeprowadzki". No to parkuję na łuku chodnika i lecę do góry. Jest 8.30. Śniadanie, golenie i na dół po godzinie. Wsiadam do auta, zjeżdżam z chodnika. Coś nie tak. Twardo idzie. Wysiadam. Flak w przednim kole od strony kierowcy. Mam spotkanie za 20 minut, więc dzwonię, przekładam i lecę po pompkę.

Przy kole siłuję się z wentylem. Wyskoczył? Pompuję i widzę te same ruchy dwa auta dalej. Facet widzi mnie i krzyczy: - No patrz pan sukinsyna! Za dnia zaczął działać. Gdzie ta p... ochrona?!

Przypominam sobie komunikat, który widziałem w gablocie klatki schodowej: "Dołącz do nas. Upoluj łosia parkingowego i umieść jego fotografię na komunikatach". Podpisano: Front Wyzwolenia Pieszych. I zdjęcie toyoty zaparkowanej kołami na trawie. Wchodzę na internetowe forum osiedla. A tam wojna na całego. Ktoś grozi połamaniem rąk swojemu sąsiadowi.

Pompek samochodowych brak

Szef osiedlowej ochrony Zdzisław Czempiński kołysze się na fotelu w stróżówce przed wjazdem na osiedle. Stuka palcami w blat i rozkłada ręce: - Jesteśmy bezradni. Mam postawić straż przy każdym samochodzie? Nawet mój szef jakieś pogróżki dostaje.

- Od kogo? - pytam.

- Jednego z tych, co musieli pompować.

Zdzisław Witkowiak, szef ds. bezpieczeństwa firmy ochroniarskiej: - No spać przez to nie mogę, ludzie mi dzwonią, grożą.

I czyta mi SMS-a od mieszkańca: "Panie Witkowiak, niestety źle pan trafił, zrobię wszystko, żeby stracił pan zlecenie na osiedlu".

Witkowiak: - Chciałem do niego zadzwonić, żeby mi nie groził, a on mi na to: "nie będę już z panem gadał".

Osiedle Wilczak w Poznaniu. Nowoczesne budownictwo, ponad pół tysiąca mieszkańców, którzy zamieszkali tu trzy lata temu. Szczelny płot, ochrona, kamery na wyjazdach. Szlabany otwierane pilotem.

Każdego roku dochodzą dwa-trzy bloki. Osiedlem zarządza firma wynajęta przez wspólnotę mieszkaniową.

Problemy z parkowaniem na osiedlu zaczęły się dwa lata temu, gdy przybywało mieszkańców i samochodów. Nakreślone białą farbą miejsca do parkowania nie wystarczały. Zaczęło się parkowanie na chodnikach. Wspólnota mieszkaniowa podjęła decyzję, że ochrona będzie takim za szybę wkładać kartki, że auto źle zaparkowane. Nie pomogło.

Czempiński: - Straż miejska miała pomóc, postraszyć trochę, że tak parkować nie wolno, ale się wypięli.

Czesław Rataj ze straży: - Osiedla zamknięte to teren prywatny, nic nam do tego.

I jakieś dwa miesiące temu w parkingi zamieniły się trawniki.

No i się zaczęło...

Najpierw na internetowym forum osiedlowym niejaki Robert wpisał: "Chodniki pozajmowane, nie ma jak się ruszać, proponuję działać, może spuszczać powietrze?".

I od dwóch tygodni właściciele samochodów, którzy zaparkowali poza wyznaczonymi miejscami, dzielą się na tych, którzy pompują, i tych, co z braku pompki od razu zmieniają koło. Bo o pompki już trudno. W pobliskim Tesco personel z działu "asortyment auto/moto" ma ubaw: - Łeee, panie. Pompek nie ma, bo z jednego osiedla wykupili. Nawet kompresory elektryczne poszły.

No chybabym uciekła

Taki kompresor z Tesco wozi w bagażniku Katarzyna, którą spotykam przy śmietniku: - Mamy flaki co dwa dni. Mój facet nie odpuści, dopóki tego chama nie złapie. Chce nawet w samochodzie nocować.

I Kaśka ma koncepcję: - To pewnie ochrona spuszcza. Nie poradzili sobie, to wzięli się na inny sposób.

Idę na naradę wojenną do Artura, sąsiada z naprzeciwka. Siedzimy i gadamy. Znajomy Artura ponoć wie, kim jest Robert, ten, co na forum groził. Idziemy do znajomego. To Krzysztof. Wychodzi przed klatkę, stoimy, palimy, narady ciąg dalszy. Krzysztof też mocno przejęty: - To chyba prawnik, mieszka w następnym bloku, druga klatka, parter.

Dzwonię. Nikt nie otwiera. Jest noc, ale idziemy na obchód osiedla. Wyglądamy jak "trójka osiedlowa" albo patrol obywatelski.

Zaglądam jeszcze do ochrony. Tam czuwa Iza, około trzydziestki. Idę z Izą na obchód. - Każdej nocy spuszczają powietrze z dziesięciu samochodów. O! Ten ma jutro gwarantowane pompowanie - palec Izy zatrzymuje się na białym nissanie, który jednym kołem stoi na trawniku. Ale co Iza może zrobić? No nic: - Nawet jak zobaczę takiego, to się przecież na niego nie rzucę. Wie pan, my nawet broni nie mamy. A jak on będzie miał? No chybabym uciekła.

Dzwoni do mnie znajomy policjant. Mieszka dwie klatki dalej. Zaprasza na naradę. Stoimy na jego klatce. Jest wściekły, że na jego osiedlu pojawił się samozwańczy szeryf: - Oni idą już po bandzie. Najpierw grozili tej kobiecie od toyoty, a teraz te koła.

"Ta kobieta" okazuje się Karoliną, sąsiadką z mojej klatki. Pracuje w farmacji, przyjechała do Poznania z mężem z Warszawy. Trzyma w ręce kartkę, którą znalazła za szybą samochodu: "Debil! To już kolejny raz i zapewniam, że ostatni. Może cztery flaki wystarczą": - To ten front. Zaczynam się bać. Do czego się jeszcze posuną?

Karolina ma koncepcję: - To chyba ci z klatki obok, z parteru. Kiedyś mnie zrugali, gdy parkowałam pod ich klatką.

"Ci z klatki obok" to Paulina z mężem i dzieckiem: - My nie mamy z tym nic wspólnego.

Choć nie dziwi ich, że "ktoś robi porządek z tymi autami".

Pułapka czyha za przednią szybą

Wsiadam do samochodu i choć stoję prawidłowo, to przestawiam auto pod przejście dla pieszych. Za przednią szybę wkładam miniaturową kamerę. Jeśli ktoś nachyli się nad kołem od strony kierowcy, to go mam. Wracam do domu i przeglądam osiedlowe forum. A tam wojna. Samozwańczy szeryf, który spuszcza powietrze, dorobił się ksywy: "Strażnik Teksasu".

Pisze Marek: Drodzy Mieszkańcy... Dzisiaj moja żona padła ofiarą tego samozwańczego strażnika. Pożałowania godny typek. Otóż tego typu akcje są skrajnie nieodpowiedzialne, ponieważ mogą doprowadzić do wypadku drogowego i trwałego kalectwa lub śmierci - to tak dla twojej wiadomości, gdyby twój móżdżek nie pojmował takich spraw. A dodatkowo... możesz się liczyć z tym, iż komuś w pewnym momencie puszczą nerwy i rączka, która kręci wentylkiem, może zostać na 4-6 tygodni unieruchomiona.

Odpowiada Kamil_H: Drogi Marku, nie chcę być adwokatem strażnika, ale sprawa ma dwie strony medalu. Zauważ, że parkowanie w niektórych miejscach też „jest skrajnie nieodpowiedzialne, ponieważ może doprowadzić do wypadku drogowego i trwałego kalectwa lub śmierci”. Nie wiem, gdzie parkowałeś, nie wiem, co Ci zrobili, ale jeśli parkowałeś nieprzepisowo (skrajnie nieprzepisowo), to też nie jesteś bez winy.

I kończy Robert: Zanim Pan zacznie się na serio wobec mnie odgrażać, sugeruję najpierw trochę pomyśleć - widzę, że Pan niestety szybciej pisze, niż myśli. Nawiasem mówiąc, grożenie mi połamaniem rąk jest karalne.

Czyżby zatem to Robert? Kładę się spać z pytaniem w głowie: kogo nagra moja kamera?

Pobudka. Lecę do samochodu z pompką w ręku, przekonany, że czeka mnie robota przy kole. A tu ci niespodzianka. Idę do strażników. Czempiński zadowolony: - Tak, tak. Dzisiaj w nocy, drogi panie, "Strażnik Teksasu" nie grasował.

Jest winny: współczynnik 0,8

Na forum dyskusja i jest kolejny winny: administrator nieruchomości, czyli firma Palatyn. To oni muszą zrobić porządek z miejscami parkingowymi! - żądają mieszkańcy-forumowicze.

Anna Połomska z Palatyna: - Sprawa jest prosta. Winny jest współczynnik 0,8.

A co to? Połomska tłumaczy: deweloperzy, budując parking osiedlowy, wyliczają, że na każde mieszkanie przypada średnio 0,8 samochodu. Czyli 80 aut na sto mieszkań. Czyli 80 miejsc parkingowych. Zatem ci, co mają nawet po dwa auta, powinni się jednego pozbyć, a w drugim odrąbać kawałek.

Połomska: - I tak jest na państwa osiedlu. Brakuje miejsc parkingowych, bo aut jest więcej, niż wyliczył deweloper.

Wieczorem lecę do "następnego bloku, drugiej klatki, parter". W końcu trafiam na Roberta. Jest radcą prawnym. Przyjmują mnie z żoną w salonie. Robert: - To był taki żart. Napisałem o spuszczaniu powietrza, ale bym tego nie zrobił.

I nie wie, kto stoi za Forum Wyzwolenia Pieszych, ale w pełni ich popiera, choć kilka dni i jemu - jak zapewnia - spuszczono powietrze.

Wracając z pracy, podjeżdżam pod ochronę. I co słyszę?! "Strażnik Teksasu" nagrany przez kamerę przemysłową! Patrzę w monitor, gdy ochrona przewija do tyłu, a stojąca z nami kobieta ochroniarz relacjonuje z przejęciem: - Miałam dyżur w nocy, patrzę w monitor, a ten siedzi za samochodem i grzebie tam coś. Spuścił z tego, co stało na kopercie. Wylatuję ci ja z budki, a on w nogi.

Obraz z kamery: widać mężczyznę krótko obciętego, w swetrze i jasnych spodniach. Kręci się koło samochodu, po chwili odchodzi. I jest twarz. Ale niewyraźnie. Chyba nic z tego.

Dzwoni sąsiad policjant. Powiększy obraz, ile się da, i wywiesi w gablotach: - Może ktoś rozpozna. Nikt nie będzie na moim osiedlu prawa stanowił.

- Czy jest dla nas nadzieja? - pytam prof. Marię Lewicką, psychologa z Uniwersytetu Warszawskiego, która bada społeczności zamkniętych osiedli. I nie ma o nich najlepszego zdania. Z jej badań nad zamkniętymi osiedlami wynika, że w takich miejscach dochodzi do zaniku więzi społecznych, rozwija się donosicielstwo, a ludziom odbija na tle nagłego awansu społecznego. Lewicka: - Nie mam dla pana dobrych wiadomości. Na waszym osiedlu zaczyna się tworzyć państwo w państwie, a to grozi samostanowieniem prawa. Może być gorzej.

I prof. Lewicka prosi o adres. Bo to może być materiał do badań psychologicznych.

Po pracy, ok. 18, jak zwykle parkuję na chodniku. O tej porze nie ma szans na "legalne" miejsce. Szef ochrony Zdzisław Czempiński kartkę z uwagą, że źle zaparkowałem, daje mi do ręki. Jak zwykle biorę. Czempiński smutny: - Mamy was strzec od wrogów z zewnątrz, ale jak walczyć z wrogiem w środku?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Śr lis 12, 2008 9:34 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Ciekawe gdzie to osiedle w Poynaniu i jaki jest do niego dojazd KM?

Ale fajnie opisano kompletna paranoje tych malych ludzikow zza kierownicy. Spuszczenie powietrza z kola to prawie jak zamordowanie kogos w budynku. No po prostu zenada, zeby czlowiek tak sie dal ponizyc i jeszcze tego nie zauwazyl?

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt lis 18, 2008 15:22 
Offline
Greenpisarz

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 22:44
Posty: 630
Lokalizacja: Wawa/Praga Północ
http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35769,5921321,Architektura_leku_i_nieufnosci.html

Bardzo dobry artykuł, polecam w całości


Cytuj:
Architektura lęku i nieufności
Klaus Bachmann
2008-11-13, ostatnia aktualizacja 2008-11-13 14:32
Kogo i przed kim chronią osiedla za zamkniętymi bramami, których coraz więcej jest także we Wrocławiu. Mieszkających w nich ludzi przed światem zewnętrznym czy świat przed mieszkańcami strzeżonych osiedli?

Mieszkałem przez miesiąc na nowym warszawskim osiedlu, jednym z tzw. luksusowych kompleksów apartamentowych, który kilka lat temu wabił klientów kolorowymi folderami i plakatami rozwieszonymi po całej stolicy. Obiecywał świetną infrastrukturę, sklepy, restauracje, mikroklimat, bezkorkowy dojazd do centrum i pełne bezpieczeństwo. Dopiero później, kiedy wprowadzili się pierwsi klienci, zmieniono plany i osiedle na 15 tys. mieszkańców przekształciło się w osiedle dla 30 tys. Sklepy i restauracje, które jeszcze nie zdążyły powstać, wykreślono z planów. W ich miejsce wznoszono nowe budynki, co spowodowało, że drogi jeszcze dłużej i intensywnej były rozkopane, wszędzie unosił się brud, jeździły koparki i dźwigi, rzeczywiście tworząc krajobraz dość unikatowy.

Mikroklimat cmentarza

Pod jednym względem deweloper dotrzymał obietnicy: budynki były bardzo bezpieczne. Aby wejść na klatkę, trzeba było posiadać specjalny kod. Każda klatka miała własny, ważny tylko tam. Drzwi do mieszkania były solidne, mury tak grube, że komórka nie miała zasięgu. Telefonu, telewizji kablowej i internetu nie było, bo osiedla nie zdążono jeszcze okablować. Ponieważ był to apartament (ok. 40 m kw.), a nie jakieś tam mieszkanie w bloku, dysponowałem też miejscem w podziemnym garażu, z dojściem przez klatkę schodową. Garaż, jak cały budynek, był strzeżony. Kiedy pomyliłem się i zaparkowałem na cudzym miejscu, przybiegał natychmiast stróż, choć tylko co trzecie miejsce było zajęte. Brama do garażu otwierała się za pomocą pilota, bez konieczności wychodzenia z samochodu. Zamykała się sama. Kto umiał parkować i unikać stróża, mógł od momentu wjazdu do garażu do wyjazdu następnego dnia nie spotkać żywej duszy. Nowoczesny, luksusowy apartamentowiec miał mikroklimat podobny do cmentarza. Tylko powietrze było gorsze.

Moda na bezpieczne, luksusowe budynki dla paranoików, ze strażnikami, psami, a nawet rowami i murami obronnymi zaczęła się na podwarszawskich osiedlach willowych w okresie transformacji. W czasach, kiedy bardzo szybko powstawały i znikały gigantyczne fortuny, a oszustwa wekslowe nie kończyły się rozprawą sądową, lecz przywiązaniem delikwenta do drzewa w lesie albo porwaniem bliskich, właściciele willi na przedmieściach, często ludzie z pogranicza biznesu i zorganizowanej przestępczości, mogli się bać. Ale moda na "bezpieczny dom" rozlała się jednak na całe miasto.

Życie w twierdzy

W centrum stolicy powstały wieżowce z mieszkaniami i niby-hotelową recepcją na dole, której obsługa jest zobowiązana legitymować gości i sprawdzić, czy osoba, którą chcą odwiedzić, rzeczywiście ich zna. Te kompleksy otaczają wysokie płoty z drutem kolczastym, uzbrojonymi ochroniarzami i kamerami. W takich domach się nie mieszka, ich mieszkańcy po ciężkim dniu w niebezpiecznej stolicy do nich się wycofują niczym żołnierze amerykańscy do swoich compoundów w Iraku i Afganistanie, gdzie chronią ich oficerowie kontrwywiadu, działa przeciwlotnicze, wały z piaskiem i systemy antyrakietowe.

Miałem okazję wieźć kiedyś koleżankę mojej córki do takiego compoundu w Konstancinie-Jeziornej, na południe od Warszawy. Na końcu drogi wyrosła z lasów bajeczna, kiczowata wioska, składająca się z zameczków pełnych wieżyczek, willi otoczonych wysokimi płotami, okalającymi ogrody z przyciętymi krzakami, sztucznymi stawami i mostkami. Wioskę otaczał wysoki mur z wieżyczkami, przed którym biegła niewielka fosa. Samochód wjechał na most zwodzony, na którym czekał ochroniarz w mundurze. Wylegitymował mnie, zapowiedział gospodarzom moje przybycie i wskazał drogę do jednej z willi. Tam wypuściłem dziecko, na które przy bramie czekała odziana w błyszczącą biel służąca.

Wieżyczki, marmur i fontanny to kwestia pieniędzy. Ale lęk przed światem zewnętrznym, którego przejawem są mury obronne, fosy i strażnicy, nie jest tylko cechą świata bogatych. W Warszawie ten lęk wędrował ze stosunkowo bezpiecznych i spokojnych przedmieść stolicy do bardziej żywiołowego centrum, nabierając przy tym cech masowej histerii: Nawet tuzinkowe bloki mieszkalne, które od ich peerelowskich pierwowzorów różnią tylko pretensjonalne nazwy, oferują teraz drzwi antywłamaniowe, kodowane karty dostępu zamiast kluczy, domofony, całodobowe monitorowanie, uzbrojone patrole i umundurowanych recepcjonistów.

Angel Wings przytulne jak mur berliński

Z warszawskiego centrum ta fala lęku rozlała się na cały kraj. Dotarła także do Wrocławia. Kto śledzi ogłoszenia w dodatkach dotyczących nieruchomości, może teraz wybrać między "apartamentami w nowym stylu", to znaczy pełną kontrolą dostępu, całodobowym monitoringiem i dyskretną ochroną oraz osiedlami "monitorowanymi, strzeżonymi" albo nawet całkowicie "zamkniętymi".

Jedno z takich zamkniętych osiedli powstało niedawno w okolicach Ołbina. Mieszkańcy wchodzą do niego betonowymi ścieżkami, otoczonymi wysokim metalowym płotem i dodatkowym murem, przytulnym jak mur berliński. Rozwiązanie jest nie tylko przygnębiające, ale absolutnie niefunkcjonalne. Żeby dotrzeć do swoich mieszkań, lokatorzy idą betonowymi kanałami wokół sterylnego ogrodu. Cała koncepcja architektoniczna zasadza się na iluzji: osiedle robi wrażenie twierdzy, ale nie wiadomo, przed kim ta swoista architektura lęku i nieufności chroni. Mieszkańców przed światem zewnętrznym czy świat przed mieszkańcami. Na jednym z nowych osiedli wrocławskich balkony, wychodzące na duży wewnętrzny dziedziniec (zapełniony samochodami i śmietnikami), zamiast poręczy mają metalowe pręty. Siedzący za nimi mieszkańcy są wystawieni na widok innych, jak małpy w zoo. Zero prywatności, zero intymności. Jedyne, co można na takim balkonie robić, to suszyć pranie - jak dawnej.

Im bardziej takie budowle są odpychający i banalne, tym bardziej egzaltowane noszą nazwy. Wrocławianie mogą kupować mieszkania w Angel Wings, Verity Rosa, Platinum, w Złocistych Jarzębinach i Słonecznych Sadach. Nawet zwykłe bloki z wielkiej płyty, leżące przy jednej z głównych arterii komunikacyjnych miasta, noszą nazwy: Park, Garden czy Ogrody.

Wszyscy wierzą, że wszyscy kradną

Trudno kogokolwiek winić za ten stan rzeczy. Fakt, że jakieś osiedle jest naszpikowane kamerami, murami obronnymi i zakodowanymi kluczami dostępu, ciągle jeszcze raczej napędza mu klientów, niż odstrasza. W Polsce nawet najbardziej przesadne środki bezpieczeństwa uchodzą za oznaki nowoczesności, dają poczucie bezpieczeństwa. W powszechnym przekonaniu Polska jest bowiem niebezpiecznym krajem, w którym należy być przygotowanym na każdą ewentualność, nawet jeśli jej prawdopodobieństwo jest bliskie zeru. Nikt nie musi się usprawiedliwić, jeśli wyposaża swój samochód lub mieszkanie w wymyślne blokady, elektroniczne systemy alarmowe i podpisuje umowy z agencjami ochrony. Kręci się głową nad tymi nielicznymi dziwakami, którzy nie boją się chodzić w nocy po mieście, zostawiają rowery na ulicy i nie mają krat w oknach.

Założenie, które leży u podstaw tego boomu na specjalnie chronione osiedla, jest jednak błędne. Polska nie różni się od innych krajów europejskich wyższymi wskaźnikami przestępczości. Różni się jedynie tym, że większa niż gdzie indziej liczba mieszkańców wierzy, że żyje w niebezpiecznym kraju. Problem Polski nie polega na tym, że wszyscy kradną, problem polega na tym, że wszyscy wierzą, że wszyscy kradną, choć prawdopodobieństwo, że polski kierowca straci swoje auto, jest w Polsce kilkakrotnie mniejsze niż w Wielkiej Brytanii, a ryzyko zabójstwa jest o wiele niższe niż na przykład w Holandii. Ale to holenderska policja cieszy się większym zaufaniem obywateli niż polska, mimo że to polska policja ma lepsze wskaźniki wykrywalności niż holenderska. Budowle mieszkalne, przypominające twierdze, szyfrowe zamki, drzwi antywłamaniowe i powszechny monitoring nie odzwierciedlają rzeczywistych zagrożeń, one jedynie oddają powszechny lęk i nieufność wobec obcych, brak zaufania do świata zewnętrznego.

Nie byłoby jednak w tym nic zdrożnego, gdyby można było założyć, że owa architektura lęku i nieufności daje, mieszkającym w niej ludziom, poczucie bezpieczeństwa, koi ich lęki i fobie. W rzeczywistości jest jednak odwrotnie: ulgę, jaką odczuwamy, zamykając się w niedostępnej twierdzy, można porównać do ulgi, jaką odczuwa rozbitek na morzu, który dla ukojenia pragnienia napije się słonej wody: ulga jest krótka, potem pragnienie wraca ze zdwojoną siłą.

Stare słonie wędrują do dżungli

Prawdą jest, że osoby lękliwe, depresyjne, niepewne siebie, szukają odosobnienia - aby się jeszcze głębiej pogrążyć w smutku i strachu, niczym stare słonie, które samotnie wędrują do dżungli, aby tam umierać. Dlatego psycholodzy radzą takim osobom, aby szukać jak najwięcej stabilnych kontaktów socjalnych, "iść pomiędzy ludzi", angażować się, spotykać się z innymi albo nawet mieszkać w jakiejś wspólnocie, gdzie można się nawzajem wspierać. Ale jak to zrobić, kiedy się nikogo nie zna na swojej klatce schodowej? Jak się umawiać, kiedy można wejść do budynku wieczorem i rano wyjść przez garaż podziemny, nie widząc nawet ochroniarza, który wszystko śledzi na monitorach w swoim biurze? Pod tym względem nowoczesne apartamentowce są nawet gorsze od komunistycznej wielkiej płyty, bo w tej ostatniej powszechne niedostatki, wspólne kłopoty z administracją, psujące się windy zmuszały mieszkańców do minimum integracji. Dziś "złote ogrody", "słoneczne sady" to szczyt anonimowości. Jeśli ktoś tam w ogóle znajdzie samotnie zmarłą staruszkę w jej mieszkaniu, to nie dlatego, że nie było jej na zebraniu, lecz dlatego, że zaczyna zalegać z czynszem

To nie wskaźniki przestępczości wpływają na to, jak mieszkamy i jak architekci budują, lecz nasze - najczęściej nieuzasadnione - lęki i fobie. Anonimowe osiedla, mieszkaniowe twierdze, nadzwyczajne środki bezpieczeństwa pogarszają jeszcze nasze nastroje. Przygnębiają, przekonują, że świat zewnętrzny jest niebezpieczny, a najlepszy sposób na czyhające zło to nieufność, wycofanie się, izolacja. W ten sposób nowoczesna architektura wzmacnia lęki i fobie, które przyczyniły się do jej rozkwitu. Jest to mechanizm podobny do tego, który po zniesieniu kontroli granicznych w ramach strefy Schengen można było obserwować po niemieckiej stronie pogranicza. Właściciele sklepów z bronią, firmy ochroniarskie i policja biły na alarm, ostrzegając przed napływem przestępców i wzmacniając lęki i fobie, które sprzyjały popytowi na ich usługi. Nie jest to niczym niezwykłym: wystarczy włączyć telewizor i natychmiast zalewa nas fala reklam, wmawiających nam, że najlepszy sposób ochrony bliskich, majątku, mieszkania, samochodu to polisa ubezpieczeniowa. Szkopuł w tym, że telewizor możemy wyłączyć - ale bez mieszkania żyć nie możemy.

Wszystko zależy od nas


Odkąd Robert Putnam przeprowadził w latach 90. we Włoszech swoje słynne badania nad powstawaniem kapitału społecznego, wiemy, że wysoki poziom zaufania sprzyja postawom demokratycznym, wzrostowi gospodarczemu i jakości instytucji publicznych. Społeczeństwo, w którym obywatele sobie ufają, może rezygnować z wielu procedur, kontroli i obniżyć koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Tu tkwi podstawowa pomyłka w słynnej wypowiedzi Lenina: zaufanie jest dobre, kontrola jest lepsza. Kontrola bowiem kosztuje - zasoby ludzkie, czas, pieniądze. Zaufanie pozwala oszczędzać i inwestować w bardziej rozwijające formy aktywności niż wzajemne pilnowanie się.

To brak zaufania w Polsce odpowiada w dużej mierze za wysokie koszty transformacji, za przerost biurokracji i za to, że wolniej doganiamy bardziej ufne wobec władzy, instytucji i innych obywateli kraje europejskie. W tym sensie także architektura lęku i nieufności drogo nas kosztuje. Spowalnia rozwój, przygnębia, hamuje powstanie społeczeństwa obywatelskiego i unowocześnienie instytucji demokratycznych. W dodatku sami to sobie fundujemy, płacąc jeszcze dodatkowo za przesadne i absurdalne środki bezpieczeństwa, wybierając twierdze mieszkaniowe za drutem kolczastym z uzbrojonymi strażnikami. Przyszłość mieszkalnictwa nie może polegać na przekształceniu domów w twierdze, których mieszkańcy barykadują się, przekonani, że ci na zewnątrz to przestępcy, którzy czyhają na ich życie. To od nas, klientów deweloperów, zleceniodawców architektów zależy, czy fundujemy sobie budownictwo, które pogłębi nasze lęki, wzmocni podejrzliwość, będzie sprzyjać osamotnieniu i podminuje na dłuższą metę nasze instytucje.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt lis 18, 2008 16:15 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Cytuj:
Bardzo dobry artykuł, polecam w całości


A ja w calosci i kontrpraktyce. Szkoda, ze malo kto z tych twierdz to przeczyta.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt lis 18, 2008 17:12 
Offline
Greenpisarz

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 22:44
Posty: 630
Lokalizacja: Wawa/Praga Północ
Wojtek napisał(a):
A ja w calosci i kontrpraktyce. Szkoda, ze malo kto z tych twierdz to przeczyta.


Wiesz, ja mieszkam teraz w takiej twierdzy - po 15 latach otwartego osiedla, w te wakacje wspólnota zdecydowała, że się odgradzamy i na zebraniu po prostu mnie (i jeszcze pare osób) przegłosowano.

Wspólnota twierdzi, że decyzje są podejmowane demokratycznie, jednak jak dla mnie to zaczyna wyglądać jak terror większości - pewnym jaskrawym przykładem jest tu sprawa pewnej pani, której zawieszono przed oknami płachtę reklamową, "bo wspólnota wyraziła na to zgodę":

http://www.hfhrpol.waw.pl/precedens/pl/aktualnosci/reklama-zaslaniajaca-okna-mieszkania-sprawa-malgorzat.html


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Cz lis 20, 2008 16:42 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Cz sty 04, 2007 19:48
Posty: 2822
Lokalizacja: Ochota / Ursynów
Kolejny wynik ociągania się przez 20 lat z uchwalaniem Planów Zagospodarowania Przestrzennego:

Zapis z projektu PZP okolic Księcia Janusza, opis obiektu 15A MW(U) -- czyli serii bloków (pozostałe osiedla mają takie same zapisy):

Cytuj:
zakazuje się lokalizacji ogrodzeń - przy czym nie uważa się za ogrodzenia elementów małej architektury, takich jak : murki oporowe, pachołki, słupki, barierki ,pojemniki z zielenią,


Można było uniknąć całej debaty i poszatkowanego miasta, gdyby nie zwlekano z uchwalaniem PZP...

Pozdrawiam,
Maciek

_________________
Pozostanie po nas
ta smutna legenda
że wciąż nas uczono
uczyć się na błędach.
..........(Włodzimierz Ścisłowski)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Cz lis 20, 2008 17:03 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Cytuj:
zakazuje się lokalizacji ogrodzeń


A ja Ci napisze Macku, ze taki zakaz to za malo i zbyt prymitywnie. Plany powinny ksztaltowac zabudowe w postaci zamknietych kwartalow, cos jak kamienice, tylko zapewnie bardziej przestrzenne i mniej studniowe. Dlatego glownym narzedziem w planie, walki z ogrodzeniami nie powinien byc zakaz stawiania ogrodzen, ale nakaz lokalizacji scian budynkow przy krawedzi dzialek od strony ulicy, ksztaltowanie pierzei zabudowy, w tym poprzez laczenie budynkow z sasiednich dzialek bocznymi scianami etc.

Ponadto kazda posesja prywatna na ktorej bedzie budownictwo wielorodzinne lub uslugowe powinna miec oprocz obowiazkowej powierzchni biologicznie czynnej, takze obowiazek zapewnienia pewnej powierzchni ogolnodostepnej (publicznej). Jest to logicznym odbiciem tego, ze przeciez czesto to na przestrzeni publicznej realizuje sie potrzeby prywatne (np. zapewnianie miejsca do parkowania po to by uzupelnic wskazniki parkingowe nie zapewnione dla jakichs osiedli - glowny problem w srodmiesciu).

No i przede wszystkim wiekszosc planow powinna przewidywac, ze kazdego wejscia do budynku, nawet w osiedlu wielorodzinnym, powinien byc dostep z ulicy o charakterze publicznym, a nie np. ulicy wewnetrznej, ktora mozna ogrodzic. Choc to moze juz jest dosc radykalne.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt sty 06, 2009 11:46 
Offline
Greenpisarz

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 22:44
Posty: 630
Lokalizacja: Wawa/Praga Północ
Terroru ciąg dalszy, tu nawet chyba nie ma wspólnoty, więc paranoja totalna.


http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6119470,Osiedle_dziwo_na_przedmiesciach_Warszawy.html

Cytuj:
Osiedle dziwo na przedmieściach Warszawy
Dariusz Bartoszewicz
2009-01-04, ostatnia aktualizacja 2009-01-04 18:11

Woda w bloku przy ul. Ogórkowej płynie ze studni wywierconych w piwnicach. Wywóz śmieci każdy organizuje sobie sam. Jest brama, ale nie wszyscy mają do niej pilota. Wtedy muszą pod nią "warować jak pies"

Ulica Ogórkowa, boczna od Wału Miedzeszyńskiego między Falenicą a Miedzeszynem. Typowe peryferia Warszawy. Między miedzami i chwastami majaczą nowe osiedla i domy. Powstały bez ładu i składu, bez planów zagospodarowania, na wąskich działkach ukośnie do drogi.

Za płotem przy Ogórkowej 45 stoi rząd dwupiętrowych bloków (na szambach). Pani Zofia właśnie wraca ze sklepu. Nie ma pilota, żeby otworzyć bramę. Nie zna kodu do furtki. Czeka, aż któryś z sąsiadów będzie wyjeżdżać z posesji. Z parkingu za płotem spod bloku rusza lexus (pani Zofia: "To pan Paderewski. Nazywa się tak samo jak premier II RP"). Brama jest wciąż zamknięta. Samochód staje. Kierowca uchyla drzwi. - I co? Nie chciało się zapłacić kilkuset złotych za bramę i teraz waruje się jak ten pies, aż ktoś otworzy, co? - pan Paderewski z lexusa zwleka, by pokazać, że kto ma pilota, ten ma władzę. W końcu otwiera bramę. Wyjeżdża, a pani Zofia przemyka. Wreszcie może się dostać do swojego mieszkania.

Pospolite ruszenie

Mieszkanka z Ogórkowej 45 zapowiada: - Zaczynam walkę o swoje prawa. To będzie precedens. Nie zgadzam się na tworzenie getta.

Uważa, że grupka sąsiadów, która zdecydowała o zamknięciu nieruchomości bramą, ograniczyła jej "wolność osobistą i swobodę poruszania się", co utrudnia "wykonywanie obowiązków służbowych" (nazwisko i zawód - do wiadomości redakcji). Dlatego zaalarmowała prokuraturę i "Gazetę". Zgłosiła popełnienie przestępstwa. - Bo nie mogę wyjść ani przyjść do domu, kiedy chcę, zaprosić gości, wpuścić pogotowia ratunkowego czy lekarza. W bramie i furtce nie ma bowiem domofonu - mówi.

- Na blisko stu mieszkańców tylko jedna osoba nie zapłaciła. Wszyscy pozostali dali na zamknięcie osiedla po 600 zł - mówi pan Ireneusz Karpisiak, którego żona Joanna społecznie działa na terenie osiedla.

Najpierw był koszmar budowy przy Ogórkowej, który zaczął się w 1997 r. Realizacja inwestycji zapowiadana na rok przeciągnęła się aż w XXI wiek. Lubelska firma Nova-Bud postawiła blok "z naruszeniem przepisów prawa budowlanego" - czytamy w doniesieniu do prokuratury. Mimo różnych uchybień nabywcy mieszkań zostali w Wawrze zameldowani, choć nie mają aktów notarialnych, a w bloku żyli jak na kempingu.

- Dom nie był skończony. Z kranów nie leciała woda. Ludzie zaczęli się skrzykiwać po klatkach i wiercić własne studnie w piwnicach. Tylko że w rurach płynie ciecz w kolorze herbaty - opowiada nasza czytelniczka. Szklankę z wrzątkiem oglądam pod światło. - Ale pani woda jest przezroczysta?

- Bo dla całego bloku była już wywiercona studnia głębinowa. Sąsiad podciągnął rurkę, zainstalował w swojej piwnicy pompę, podłączył się, a przy okazji moje mieszkanie. Dlatego mam lepszą wodę niż większość - zdradza.

- Woda jest płytko, na głębokości 8 m, bo blisko jest Wisła. Ale tę do picia przywozimy z miasta - mówi pan Karpisiak.

Organizowanie sobie życia przy Ogórkowej odbywało się na zasadzie pospolitego ruszenia. Dzięki temu popłynął prąd, powstała też droga osiedlowa. Ale do dziś nie zawiązała się wspólnota mieszkaniowa.

Podchodzę do okna. Na wewnętrznej ulicy stoją rozmaite pojemniki na śmiecie - z wymalowanym numerem mieszkania. Nie wszyscy chcą płacić za wywóz odpadków. Jakiś pan wrzuca właśnie worek ze śmieciami do bagażnika samochodu. Gdzieś się ich pozbędzie, w centrum albo po drodze.

Meldunek na budowie

- Ta brama przelała tylko czarę goryczy. Nie można całe lata żyć w budynku, w którym nic nie działa normalnie. Musimy wreszcie się zorganizować, uregulować sprawę gruntów i przeprowadzić sprawę wyłączenia lokali ze współwłasności w sądzie - uważa pani Zofia. W doniesieniu do prokuratury czytamy, że "osiedle nie zostało do tej pory odebrane zgodnie z przepisami prawa budowlanego, choć większość lokatorów została zameldowana na podstawie decyzji gminy Wawer". - Wystarczyło pokazać akt notarialny kupna mieszkania od dewelopera lub umowę z deweloperem z podaniem adresu - potwierdza rzecznik dzielnicy Andrzej Murat.

Podobnych przypadków jest w Warszawie więcej. W bloku przy ul. Bohdanowicza 19 Międzyzakładowa Spółdzielnia Zrzeszenia Budowy Domów Mieszkalnych "Ochota" wydała mieszkańcom klucze w 2001 r., choć formalnie jest to nadal plac budowy. Na dodatek już dwukrotnie zostało uchylone pozwolenie na budowę tej inwestycji, m.in. z powodu niezgodności realizacji z projektem. Na Rakowcu, podobnie jak w Wawrze, poczta dochodzi, a z kranów leci woda, wszystko jakoś działa.

PS

W nowym roku do "Gazety" nadeszła radosna wieść. Pani Zofia podpatrzyła, jak listonosz wstukuje kod do furtki, i teraz nie czeka już, aż któryś ze zmotoryzowanych sąsiadów otworzy bramę pilotem. Do czasu, aż ktoś postanowi zmienić kod.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL