Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Pn sie 04, 2008 10:01 
Offline
Greenpisarz

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 22:44
Posty: 630
Lokalizacja: Wawa/Praga Północ
http://wiecejtlenu.pl/2008/07/30/naga-prawda-o-ubraniach/

Więcej Tlenu napisał(a):
Naga prawda o ubraniach

lipiec 30, 2008

Jak często, kupując nową koszulę, zastanawiamy się, jaką drogę do nas przebyła? Jakich chemikaliów użyto do jej wyprodukowania? Czyje ręce ją uszyły? I czy nie były to ręce dziecka? Wreszcie, ile zarobiła osoba, która naszą koszulę wykonała? Jak jej się wiedzie w życiu i czy jest w stanie utrzymać się ze swojej pensji?

Na początku wypada ostrzec czytelników - próba znalezienia odpowiedzi na tych kilka prostych pytań, może sprawić, że kupowanie nowych ubrań już nigdy nie będzie tak frywolnie przyjemne jak dotychczas.

Już dawno przestaliśmy kupować tylko to, co jest nam rzeczywiście potrzebne. Nałogowo marnujemy jedzenie. Marnujemy energię. Kupujemy wciąż nowe samochody. Jednak niekwestionowaną królową nadmiernej konsumpcji jest dzisiaj… moda. Zjawisko, które można by nazwać masową manią kupowania nowych ubrań, doczekało się już wielu socjologicznych opracowań. Stwierdzono nawet kliniczne przypadki uzależnienia i na określenie dotkniętych nim ludzi, ukuto określenie „fashion victims”, czyli ofiary przemysłu modowego.

Jak jednak w tym kontekście nazwać tych, którzy są po drugiej stronie? Tych, którzy szyją nasze ubrania. Czy ich sytuacja nie jest, aby o wiele gorsza? Czy można na serio uwierzyć, że rzeczywistymi ofiarami przemysłu modowego są rozkochani w ulicznych rewiach mody mieszkańcy naszego, zachodniego świata? Wolne żarty. Dlatego, spróbujemy się dowiedzieć, kim tak naprawdę w dzisiejszych czasach są „fashion victims”. A także, jaki jest prawdziwy koszt światowej obsesji na punkcie kupowania nowych ubrań.

60 zł miesięcznie

„Krew, Pot i T-shirty” taki tytuł ma serial dokumentalny BBC, który wywołał na wyspach brytyjskich wielką dyskusję o etycznych aspektach funkcjonowania przemysłu odzieżowego i prawdziwej twarzy tzw. „cheap fashion”, czyli taniej mody. Sześcioro młodych Brytyjczyków (w wieku od 20 do 24 lat), uzależnionych od nieustannego kupowania ciuchów, jedzie do Indii, aby przekonać się, jak powstają ubrania, które później trafiają do londyńskich sklepów. Na miejscu uczą się szyć i pracują przy zbiorach bawełny. Wynagradzani są tak jak reszta pracowników i za zarobione pieniądze próbują się w Indiach utrzymać. Dla całej szóstki to zadanie niewykonalne. Praca jest ponad ich siły. Pensja nie starcza na nic. A warunki w jakich przychodzi im żyć, ich zdaniem, urągają człowieczeństwu.

Łzy - czyli „Tears”, które w tytule serialu zamieniono na „T-shirts” – stale towarzyszą brytyjskim dwudziestolatkom. Najpierw są to łzy wściekłości, potem rozpaczy, wreszcie współczucia. Ludzie, z którymi bohaterowie serialu dzielą przez krótki czas swój los, pracują ponad siły, a mimo to żyją poniżej granicy ubóstwa. Według danych BBC większość z około 20 milionów zatrudnionych w przemyśle odzieżowym, zarabia średnio około 5 pensów (czyli 20 groszy) na godzinę. Dlatego ich miesięczna pensja rzadko przekracza próg 60 złotych.

Według raportu Action Aid, międzynarodowej organizacji pozarządowej zajmującej się walką z biedą, z każdego sprzedanego artykułu odzieży około 70 procent ceny detalicznej przypada producentowi, 27 proc. wędruje do dostawców, a jedynie 3 proc. trafia do rąk ludzi, którzy ten konkretny przedmiot wykonali. Jeśli więc kupujemy kurtkę za na przykład 100 złotych, to możemy śmiało założyć, że ludzie, którzy ją uszyli (a było ich z pewnością co najmniej kilkoro) zarobili łącznie 3 złote.

Nie ulega wątpliwości, że sytuacja na odzieżowym rynku pracy w trzecim świecie uległa pogorszeniu, kiedy do gry postanowiły się włączyć hipermarkety. Zdaniem brytyjskiej Komisji ds. Konkurencji (Competition Commission) między 2000 a 2004 rokiem sprzedaż ubrań w supermarketach wzrosła aż o 90 proc. Ubrania w takich sklepach jak Wal-Mart czy Tesco mogły być tańsze niż u konkurencji, tylko dzięki temu, że giganci płacił swoim dostawcom z krajów trzeciego świata od 15 do 20 proc. mniej niż inni producenci w sektorze ubraniowym. Ktoś jednak musiał ponieść cenę takiej obniżki. Padło oczywiście na sam koniec „łańcucha pokarmowego”, czyli robotników.

Aby zrozumieć, o jakiej skali zjawiska mówimy, warto spojrzeć na dane o źródłach przychodów wielkich supermarketów. Według BBC roczne zyski ze sprzedaży ubrań w Tesco stanowią aż jedną czwartą ogólnych dochodów tego koncernu - to odsetek astronomiczny i jeszcze 10 lat temu zupełnie nie do pomyślenia. Czy można jednak stwierdzić, że za rozpętanie handlowej wojny na jak najniższe ceny ubrań, odpowiadają wyłącznie globalne sieci hipermarketów?

Dzieci-niewolnicy

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w branży odzieżowej nie sposób jednoznacznie wskazać dobrych i złych producentów. Nie wystarczy napiętnować supermarkety jako źródło całego zła. Inne firmy stosują takie same metody, a czasem nawet gorsze. Przykładem może być sieć Matalan (około 200 sklepów w Wielkiej Brytanii), która według projektu „Let’s Clean Up Fashion” („Oczyśćmy modę”) notorycznie łamie prawa pracownicze. Inni, co prawda, zachowują się znacznie lepiej niż Matalan i od pewnego czasu, pod presją opinii publicznej, starają się przekonywać, że ich ubrania wytwarza się etycznie i ekologicznie. Prawda jest jednak taka, że w tym biznesie wszyscy mają grzechy na sumieniu.

Na przykład słynny amerykański GAP wydaje dziesiątki milionów dolarów na kształtowanie pozytywnego wizerunku, ale nawet te zabiegi nie były w stanie całkowicie ukryć drugiego oblicza tej firmy. W zeszłym roku wybuchł skandal, kiedy dziennikarz „Observera”, Dan McDougall, ujawnił, że partię dziecięcych ubranek z bożonarodzeniowej kolekcji GAP, w niewolniczych warunkach szyły indyjskie dzieci. Niektóre z nich miały zaledwie 10 lat. Angielski reporter udowodnił, że dzieci nie tylko były zmuszane do katorżniczej pracy, ale również bite.

Jeśli ktoś myśli, że wielkie firmy odzieżowe wyciągnęły wnioski z wpadki amerykańskiego koncernu, to się myli. Irlandzki producent Primark, który tylko w Wielkiej Brytanii ma ponad 170 swoich sklepów, został niedawno przyłapany na dokładnie tym samym procederze. W czerwcu tego roku telewizja BBC pokazała jak hinduskie dzieci (niektóre zaledwie ośmioletnie), ręcznie przyszywały cekiny do bluzek z logiem Primark.

Według szacunkowych danych ONZ w Indiach pracuje w ciężkich warunkach około 55 milionów dzieci poniżej 14 roku życia. Zdaniem cytowanego przez „Observera” profesora Sheotaja Singha, założyciela działającej w Delhi fundacji pomagającej dzieciom, ocalonym od niewolniczej pracy, ta sytuacja nie ulegnie prędko zmianie. Singh uważa, że dopóki na zachodnich rynkach będzie się sprzedawać po zaniżonych cenach produkty wytwarzane w trzecim świecie, dopóty pozbawieni wszelkich skrupułów lokalni podwykonawcy, będą zmuszać do pracy nawet dziesięciolatków. Na dowód przytacza dane, wedle których tylko w okolicach Delhi działa około 15 tysięcy nie do końca legalnych fabryk odzieżowych. W wielu z nich warunki pracy urągają wszelkim ludzkim standardom.

Śmiertelne pestycydy

Ciemne oblicze przemysłu modowego to jednak nie tylko niewolnicza praca najbiedniejszych tego świata. To także lawinowo rosnące góry odzieżowych śmieci i olbrzymi problem środowiskowy. Produkcja ubrań jest bowiem wyjątkowo toksyczna.

Można wierzyć, lub nie, ale wystarczy wylać na skórę dorosłego mężczyzny jedną łyżeczkę do herbaty pełną chemikaliów potrzebnych do wyprodukowania małej bawełnianej koszulki, aby go… zabić. Wydaje się to niewiarygodne, ale niestety jest prawdziwe. Chociaż uprawy bawełny zajmują zaledwie około 2,5 procent areałów rolnych na świecie, to pochłaniają ponad 20 procent globalnego zużycia środków owadobójczych i około 10 procent globalnego zużycia pestycydów. Takie wnioski płyną z raportu, który przygotowała Joanna Yarrow, dziennikarka od lat zajmująca się problemami ekologicznymi.

Aż trzy czwarte światowej produkcji bawełny przypada na kraje rozwijające się i byłe republiki radzieckie. Z danych BBC wynika, że każdego roku z powodu pracy przy uprawie bawełny umiera około 20 tysięcy ludzi. Ofiary to zwykle źle opłacani i pracujący bez koniecznych ochraniaczy robotnicy, którzy śmiertelnie zatruwają się pestycydami. Ale sama produkcja bawełny to wcale jeszcze nie koniec wielkiego trucia. Aby zebraną bawełnę zamienić w koszulę potrzeba całej serii procesów takich jak mycie, wybielanie, farbowanie i drukowanie. W tym celu używa się aż 8 tysięcy różnych chemikaliów, w tym bardzo toksycznych barwników, chlorowych wybielaczy, silnie trującego formaldehydu i różnych parafin, które ułatwiają tkanie. Ponadto, według cytowanego raportu, produkcja jednego T-shirtu pochłania około 20 litrów wody, a wraz z nią do środowiska wraca średnio 20 procent użytego do farbowania barwnika. W ten sposób rocznie przedostaje się do wód gruntowych od 40 do 50 tysięcy ton często żrących i rakotwórczych substancji.

A kiedy gotowa koszulka trafia wreszcie do rąk klienta sklepu odzieżowego wcale nie kończy jeszcze swojej trującej przygody. Bo kiedy ląduje na wysypisku, zawarte w niej chemikalia i tak przedostaną się z czasem do gleby i trafią do wód gruntowych. A śmieciowe góry z ubrań wciąż rosną i rosną. Bo co na przykład robią sprzedawcy z ogromnymi stertami ciuchów, których nikt nie chciał kupić, chociaż były wiele razy przeceniane? Przecież nie oddają ich potrzebującym. To wymaga nazbyt dużej fatygi. Zdaniem specjalistów z Textile Recycling Association, stowarzyszenia promującego recykling ubrań, odzież, której nie uda się sprzedać jest zwyczajnie palona albo trafia na wysypiska śmieci. A co dzieje się z tym asortymentem, który szczęśliwie znalazł nabywców?

W Wielkiej Brytanii sprzedaje się około dwóch milionów ton nowej odzieży rocznie. Czy taka ilość ma szanse pomieścić się w i tak już przepełnionych brytyjskich garderobach? Oczywiście, że nie. Na internetowych stronach BBC, poświęconych ekologii, można znaleźć informację, że aż trzy czwarte z nowo kupionych ciuchów wkrótce ląduje na wysypiskach. To oznacza, że każdy Brytyjczyk co roku wyrzuca aż trzydzieści kilo niepotrzebnych mu ubrań. W Polsce z pewnością daleko nam do takich wyników. Ale wcale nie mamy się z czego cieszyć, bo akurat w tej dziedzinie gonimy świat całkiem bezrefleksyjnie i to w tempie ekspresowym.

Drożej nie znaczy etyczniej

Giganci rynku odzieżowego najwyraźniej nieco przespali moment rozbudzenia polskich apetytów na uliczne rewie mody i dzięki temu kilku lokalnych producentów zdołało naprawdę szeroko rozwinąć skrzydła. Dziś jednak są już u nas niemal wszyscy. A ci, których jeszcze brakuje, szykują się do ekspansji. I kiedy w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie największym hitem w środowiskach wyznaczających nowe trendy jest właśnie tak zwana „ethical fashion”, u nas w najlepsze rozkręca się dopiero „cheap fashion”.

Czy i w tej dziedzinie jesteśmy skazani na rolę wiecznych prowincjuszy? Czy może uda nam się pewien etap przeskoczyć? Zanim spróbujemy sobie na te pytania odpowiedzieć, przyjrzyjmy się najpierw samemu zjawisku mody etycznej.

W największym skrócie chodzi o to, aby ubierać się w rzeczy zrobione z ekologicznych materiałów i uszyte przez godziwie opłaconych robotników. Ale to jeszcze nie wszystko. Trzeba jeszcze zwrócić uwagę, czy w procesie produkcji naszych ubrań przypadkiem nie ucierpiały zwierzęta i środowisko. Ponadto warto pamiętać, aby nie wpadać w zakupowy szał. Lepiej kupić jedną dobrą rzecz, niż za tę samą cenę kilka byle jakich. Dobrą metodą jest także oddawanie lub zamienianie ubrań, których nie zamierzamy już nosić. Inaczej mówiąc, warto pomyśleć dwa razy, zanim wyrzucimy niemodną koszulę do śmietnika. I jeszcze jedno – second hand jest z całą pewnością w ekologicznej modzie.

Jak zwykle, łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. O ile postulaty ograniczenia konsumpcji i nie wyrzucania nie zużytych ubrań nie wymagają specjalnego tłumaczenia, o tyle idea kupowania jedynie takiej odzieży, która została wyprodukowana w etyczny sposób, nie jest już taka oczywista. Bo jak na przykład odróżnić ekologiczny sweter od swetra nieekologicznego albo etycznie wyprodukowane spodnie od spodni, uszytych przez wykorzystywane i bite dzieci?

Niestety, proste kryterium ceny nie jest w tym przypadku pomocne. Droższe ubrania czasem rzeczywiście są produkowane w bardziej etyczny sposób, ale nie zawsze. W praktyce często się zdarza, że ta sama fabryka w Chinach, z dokładnie tych samych materiałów szyje dwie partie odzieży – droższą i o wiele tańszą. Takie są po prostu uroki globalizacji.
Jak więc nie pogubić się w tym gąszczu? Jest tylko jedna metoda – wnikliwa lektura metki.

Zielony to nowy czarny

Nie wszystkie ubrania powstają w ten sam sposób i nie wszystkie są wykonane z równie „trujących” materiałów. Na przykład na niektórych metkach zamiast napisu „100% cotton”, można znaleźć inny „100% organic cotton”. Jedno słowo, a różnica znacząca. Tak zwana bawełna organiczna to dzisiaj gorący towar, o który biją się odzieżowi giganci i gotowi są za niego słono płacić. Wystarczy powiedzieć, że w zeszłym roku światowa produkcja tego materiału wzrosła aż o 800 procent.

Co więc takiego tajemniczego kryje się za hasłem „organic”, że robi ono tak zawrotną karierę? Najzabawniejsze jest to, że do produkcji organicznej bawełny nie potrzeba żadnej tajemnej wiedzy. Wystarczy uprawiać ją jak dawniej – bez pestycydów, środków owadobójczych i sztucznych nawozów. Niektóre źródła mówią, że Egipcjanie znali bawełnę już 12 tysięcy lat temu. Czy wtedy ktokolwiek słyszał o pestycydach?

Żeby zasłużyć na miano ekologicznej koszulka z naturalnie uprawianej bawełny, powinna być także pofarbowana przy pomocy naturalnych barwników. Okazuje się, że i to nie jest wielce skomplikowane. Za to na pewno sporo droższe. Co zatem sprawiło, że producenci odzieży na gwałt wykupują drogą organiczną bawełnę i inwestują w eko-barwniki? Skąd ten nagły „organiczny” boom?

Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, pod naporem nastawionych proekologicznie zachodnich mediów, producenci ubrań postanowili czym prędzej ukryć swoje grzechy i pokazać się z jak najlepszej – zielonej – strony. Po drugie, chcą wykorzystać coraz szybciej rozprzestrzeniającą się modę na „eco-fashion”. Nie przez przypadek hasło obowiązujące w dzisiejszym świecie mody to: „green is the new black”. Zielony, czyli ekologiczny, znaczy teraz na wybiegach tyle, co kiedyś czarny. Innymi słowy, nie ma dziś większego szyku, niż ubrać się od stóp do głów w ciuchy ekologiczne.

W internecie i zachodnioeuropejskich księgarniach furorę robią poradniki dla ekologicznie świadomych konsumentów. Znaczną ich część zajmują rady dotyczące odzieży. Oprócz różnych pomysłów na nowe zastosowania dla starych ubrań, znajdują się w nich instrukcje, jak czytać metki nowych. Oprócz napisu „organic” warto na przykład zwrócić uwagę, czy na metce widnieje logo fundacji „Fairtrade” (w Polsce „Sprawiedliwy Handel”). Jeśli producent został upoważniony do korzystania z tego znaku, oznacza to, że sprawdzono go pod kątem przestrzegania ekologicznych i socjalnych standardów. Można także być pewnym, że niewielki odsetek finalnej ceny jego produktu zostanie przeznaczony na cele społeczne – na przykład budowanie szkół w najbiedniejszych częściach świata.

W produkcji i sprzedaży ubrań opatrzonych tego typu zielonymi certyfikatami przodują jak na razie nieduże, stricte ekologiczne firmy odzieżowe. Ale i giganci tacy jak GAP, H&M albo Marks&Spencer starają się podążać za tym trendem. W tym momencie rodzi się oczywiste pytanie – skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Odpowiedź jest równie banalna – w skali globalnej ekologiczne ubrania to wciąż zaledwie kropla w morzu. A w polskim morzu nawet nie kropla, ale kropelka.

Okrutna rzeczywistość

Jednodniowy rekonesans po warszawskich sklepach wystarcza, aby przekonać się, że w Polsce niezbyt łatwo jest być ekologicznie świadomym konsumentem. Ale jeśli się chce, można.

Na pierwszy ogień biorę Reserved. To bodaj najbardziej znana polska marka odzieżowa. Ekspedientki, zapytane o ekologiczne ubrania, pokazują rzeczy z metkami „100% bawełny”. O bawełnie organicznej nigdy nie słyszały. Robią zdziwione miny, wreszcie kwitują dalsze pytania słodkim śmiechem. Trudno, pierwsze śliwki robaczywki. Nie daję za wygraną i dzwonię do producenta. Okazuje się, że Reserved niedługo wprowadza do sprzedaży pierwszą w swojej historii ekologiczną serię ubrań – właśnie z bawełny organicznej. Brawo. Czy firma zamierza ten kierunek utrzymać?
- Najpierw zobaczymy czy rynek jest gotowy na tego typu produkty i czy konsumenci są w stanie więcej za nie zapłacić – mówi wiceprezes Dariusz Pachla i po chwili dodaje. – U nas świadomość społeczna w tej dziedzinie jest wciąż niewielka.
Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Pytanie jednak, czy Reserved mimo to będzie podążał za światowymi trendami i czy na przykład będzie się starał o znak „Fairtrade” dla swoich ubrań.
- Rzeczywistość jest okrutna – odpowiada Pachla. – Niezwykle ciężko jest dokładnie skontrolować cały cykl produkcyjny odzieży, bo trzeba by zaczynać już na polach bawełny, a potem nadzorować każdą szwalnię. Powiem otwarcie: nas na to zwyczajnie nie stać. Marka „Fairtrade” sprawdza się, gdy w grę wchodzą proste produkty spożywcze. Moim zdaniem drukowanie jej na metkach ubrań ma więcej wspólnego z działaniami promocyjnymi, niż z realną kontrolą produkcji.

Po Reserved przychodzi czas na Jackpota i Cottonfielda. W damskiej części jest z czego wybierać. Bawełna organiczna zajmuje nieduży, ale wyraźny odsetek całego asortymentu. W części męskiej słabiutko. To samo w H&M. W dziale męskim na wieszakach z zielonym oznaczeniem zaledwie kilka i to mało udanych t-shirtów. Po co jednak narzekać – w końcu na upartego dałoby się w tych dwóch sklepach ubrać ekologicznie. Finalny efekt byłby mało satysfakcjonujący, ale czego się nie robi dla idei. Mimo wszystko, wolę jeszcze poszukać. Idę do Marksa&Spencera. Według wielu źródeł to jeden z najbardziej „zielonych” wielkich producentów odzieży na świecie.

Deklarowane ekologiczno-etyczne plany Marksa&Spencera na najbliższe lata są imponujące. Do 2012 roku firma ma osiągnąć poziom zerowej emisji dwutlenku węgla, a wszystkie jej produkty, łącznie z opakowaniami, będą podlegały recyklingowi lub biodegradacji, dodatkowo mają powstawać z surowców spełniających wymogi idei zrównoważonego wzrostu. Ponadto M&S zobowiązuje się do dalszej systematycznej pomocy w polepszaniu życiowych standardów swoich pracowników ze wszystkich szczebli cyklu produkcyjnego, a także dbania o to, aby każdy dostawał wynagrodzenie, pozwalające mu na godne życie.

Czy to wszystko aby nie brzmi za pięknie, żeby mogło być prawdziwe? Wkrótce się przekonamy. Można być pewnym, że brytyjskie media skrupulatnie rozliczą rodzimą firmę z każdej złożonej publicznie obietnicy. Tymczasem przechadzając się po polskim salonie Marksa&Spencera trudno na pierwszy rzut oka dostrzec jakieś szczególne zainteresowanie sprawami ekologii. Dopiero wnikliwie studiując metki, można wypatrzyć te ze znakiem „Fairtrade”. M&S kupuje ponoć aż jedną trzecią całej światowej produkcji bawełny, wytworzonej na zasadach sprawiedliwego handlu. Dlaczego jednak nie chwali się taką informacją w swoich polskich sklepach? I dlaczego jego polscy ekspedienci mają trudności ze wskazaniem ekologicznej odzieży na półkach? To proste – bo nikt w Polsce o takie ubrania nie pyta.

Presja opinii publicznej

Na zakończenie wypada wrócić do pytania, które zostało bez odpowiedzi. Kiedy i w Polsce zapanuje moda na „ethical fashion”? Czy na zielony trend w modzie będziemy musieli czekać następnych kilka lat? Czy może uda nam się przyspieszyć?

Biorąc pod uwagę poziom ekologicznej świadomości Polaków, trudno być w tej sprawie optymistą. Bo czy na przykład można mieć za złe prezesowi Pachli, że produkcję ekologicznych ubrań Reserved uzależnia od wyników sprzedaży? Nie bądźmy hipokrytami. Jeśli klientom nie zależy, dlaczego miałoby zależeć producentowi? Czy ktokolwiek jest w stanie naiwnie uwierzyć, że zachodni giganci odzieżowi, którzy postawili na ekologię, zrobili to z własnej woli? Ot tak, z odruchu serca? Wolne żarty. Ugięli się pod naciskiem opinii publicznej. Przyszło im to tym łatwiej, że dodatkowo w „byciu eko” wyczuli niezły interes.

Co można więc zrobić, żeby równie silną presję wywrzeć na firmach operujących w Polsce? Jak zmusić na przykład H&M albo Marksa&Spencera, żeby produkowali i sprowadzali do nas o wiele więcej ekologicznych serii ubrań niż dotychczas? Jak zmusić do tego samego całą resztę? Naprawdę nie trzeba wiele. Wola konsumentów to najlepszy bicz na sprzedawców.

Kiedy słyszę, że marki Reserved nie stać na kontrolowanie całego procesu produkcji swoich ubrań, to nie mam powodu w te zapewnienia nie wierzyć. Ale jakoś bardziej wierzę w to, że gdyby klienci zaczęli wymagać takich kontroli, to firmę jednak byłoby na nie stać. I to raczej prędzej niż później.

Nie chodzi tu o to, aby czepiać się tej konkretnej marki. Ta sama zasada dotyczy wszystkich producentów odzieży na świecie. Tylko my, konsumenci, jesteśmy w stanie ich zmusić do bardziej etycznego postępowania. I w tej dziedzinie Polacy wcale nie muszą być autsajderami. Wystarczy, że wreszcie zacznie nam zależeć. Wystarczy, że zanim kupimy nową koszulę, zastanowimy się najpierw z czego i czyje ręce ją uszyły.

Arkadiusz Bartosiak
współpraca: Maya Zawistowska (Nowy Jork)

—-

BAWEŁNA TO NIE WSZYSTKO

Kupując nowy ciuch, dobrze wiedzieć, jaki wpływ na środowisko naturalne ma produkcja materiału, z którego został wykonany. Problem ubrań bawełnianych został szczegółowo przedstawiony w tekście. Tutaj omawiamy pokrótce kilka innych rodzajów materiałów.

LEN – produkcja płótna lnianego jest mniej szkodliwa dla środowiska niż produkcja bawełny. Do uprawy lnu stosuje się o wiele mniej nawozów i pestycydów. Ponadto len ma właściwości antybakteryjne i antyalergiczne, jest także biodegradowalny.

WEŁNA – to kolejne naturalne włókno, którego produkcja nie wymaga użycia środków chemicznych. Jednak od mniej więcej 30 lat stosuje się obowiązkowe zanurzanie w płynach odkażających, co ma niedobry wpływ na środowisko.

WISKOZA – to naturalne włókno celulozowe. Jednak uzyskiwanie surowca do jego wytworzenia może prowadzić do nadmiernej wycinki drzew. Ponadto w procesie produkcji wiskozy używa się sporo środków chemicznych.

BAMBUS – produkcja naturalnego włókna bambusowego jest na ogół przyjazna środowisku. Bambus rośnie szybko, jest łatwy w uprawie. Jednak w procesie zamiany bambusa w materiał zużywa się wiele wody.

KONOPIE – materiał z konopi z pewnością należy do ekologicznych. Uprawa tych roślin jest prosta i nie wymaga użycia silnych środków chemicznych, tak jak bawełna. Konopie potrzebują także mniej wody od bawełny. Jednak proces przetwarzania tych roślin w materiał jest dość energochłonny.

NYLON – (jego nazwa pochodzi od miast New York i Londyn) włókna nylonowe są używane do wytwarzania wielu rodzajów tkanin. Podczas produkcji nylonu powstaje tlenek azotu, bardzo groźny gaz cieplarniany. Nylon rozkłada się bardzo długo, a ponadto w czasie rozkładu wydziela szkodliwe związki metali ciężkich.

POLIESTER – włókna poliestrowe należą do grupy włókien syntetycznych. Ich produkcja (szkodliwa dla środowiska i pochłaniająca mnóstwo wody) wciąż rośnie i sięga około 10 milionów ton rocznie. Warto wiedzieć, że ponad połowę światowej produkcji politereftalanu etylenu przerabia się na włókna. Na plastikowe butelki idzie o wiele mniej tego surowca. Tymczasem butelki PET podlegają recyklingowi, zaś zużyte ubrania lądują na wysypiskach.

—-

W globalnej produkcji włókienniczej włókna naturalne przegrywają z włóknami chemicznymi. Tych drugich wytwarza się nieznacznie więcej.

Włókna chemiczne można wytwarzać z polimerów naturalnych (są to tzw. włókna sztuczne) i syntetycznych (włókna syntetyczne). Odpady tych pierwszych nie stanowią dużego zagrożenia dla środowiska. Niestety wśród włókien chemicznych zdecydowanie górują te drugie, których produkcja i odpady są bardziej szkodliwe. Dziś możliwa jest już jednak produkcja całkowicie biodegradowalnych włókien chemicznych.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So sie 09, 2008 22:10 
Offline
Sympatyk

Dołączył(a): Pn cze 02, 2008 17:00
Posty: 20
Lokalizacja: Warszawa - Śródmieście
I tak najbardziej wzruszyła mnie odpowiedź jakiegoś eksperta od mody w gazetce reklamowej, żeby było śmieszniej, sieci "H&M", na pytanie o ekologiczne ciuchy - Chcesz być ekologiczny kupuj w second-handach.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL