marek.slon napisał(a):
Czy rzeczywiście utrzymanie jednej niezbyt długiej linii (czas przejazdu całości to 33 min., 63 kursy dziennie) może kosztować 7 mln rocznie?
Spróbujmy oszacować. Przyjmując koszt wozokm autobusem za 5 zł i długość trasy w gminie 8 km, wychodzi:
365 dni x 2 kierunki x 63 kursy x 8 km x 5 zł/km = 1,8 mln zł rocznie.
To oczywiście bardzo zgrubne oszacowanie, trzeba by sprawdzić aktualne stawki w umowach z przewoźnikami dla typu taboru, który u Was kursuje, uwzględnić podjazdy do Hornówka, ograniczenia kursowania w weekendy i wakacje itp. Do tego jakiś narzut na administrację, utrzymanie pętli itp. Ale raczej powinno wyjść mniej niż 3,5 mln zł.
Cytuj:
To nie jest problem samego Izabelina, ale generalnie polityki transportowej Warszawy wobec gmin sąsiednich. Z jednej strony ZTM wydaje ogromne pieniądze np. parkingi PR w granicach miasta, żeby powstrzymać zajeżdżanie miasta przez kierowców z podmiejskich "sypialni", z drugiej skutecznie zniechęca tych samych mieszkańców do pozostawienia samochodu w domu (bilet droższy o 50%), a władze samorządowe do rozwijania komunikacji zbiorowej.
Zgodzę się, że to jest idiotyzm, zresztą zawsze o tym pisaliśmy. Ale ZTM stosuje tę politykę również w granicach Warszawy - tnie kursy na Żeromskiego, w zamian oferując darmowy P+R na Marymoncie. To nie jest jakaś dyskryminacja gmin ościennych, to zwykły kult cargo, urzędnicy wdrażają rozwiązania, których nie rozumieją.
Cytuj:
Taka polityka transportowa dziwi tym bardziej, że właśnie ograniczenie codziennych dojazdów samochodem z miejscowości peryferyjnych daje największe szanse na ograniczenie ruchu w mieście. W centrum przejazd własnym samochodem to już tylko 1/4 podróży, na granicach Warszawy proporcje są odwrotne. Wygląda na to, że sami Warszawiacy już się w znacznym stopniu pogodzili z tym, że samochód nie służy do codziennego dojazdu do pracy, i nawet intensywne działania niewiele tu zmienią. Tymczasem warszawskie ulice są wypełniane i rozjeżdżane przez kierowców z okolicznych gmin. Akcja ze wspólnym biletem pokazuje dobitnie, jak wiele można uzyskać na tym polu. Obawiam się jednak, że przy kontynuacji podwyżek ze strony ZTM niedługo zobaczymy, ile można na tym polu stracić.
Zostawiam cytat, nie żeby polemizować, ale żeby napisać że się zgadzam w 100%.
Cytuj:
Z drugiej strony Warszawa rzeczywiście wydaje na komunikację zbiorową znacznie więcej, niż jej mniejsze sąsiadki i może te ostatnie trzeba było kiedyś przywołać do porządku? Ale czy w taki sposób?
Co o tym myślicie? Czy drastyczne podwyżki narzucone przez ZTM są uzasadnione, czy może raczej Warszawa strzela sobie w stopę?
Myślę, że strzela sobie w stopę. Rozpaczliwie szuka kasy na podtrzymanie impetu inwestycyjnego i idzie na łatwiznę.
Sednem problemu jest moim zdaniem brak warunków do równej konkurencji pomiędzy samochodem a komunikacją zbiorową. Brak możliwości wprowadzenia opłat za wjazd do miasta czy nawet podniesienia cen parkowania powoduje, że komunikacja musi konkurować z bardzo silnie dotowanymi samochodami osobowymi. W efekcie potrzebuje coraz większych dopłat - choć pytanie, czy rzeczywiście jest 7 mln, jest jak najbardziej zasadne.