Przystanek Warszawa-Warszawa
To u nas nie do pomyślenia
Przeciętny berlińczyk, jeśli do pracy nie ma więcej niż kilka kilometrów, dojeżdża do niej na rowerze. Nie rezygnuje z niego nawet zimą.
W Polsce coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Umawiasz się z poważnym pracownikiem MSZ na obiad w dobrej knajpie, a on przyjeżdża na spotkanie w garniturze i na rowerze. Co więcej, na ramie ma zamontowane siodełko dla dziecka, bo rankiem po drodze do gmachu, w którym pracuje, oddaje dziecko do przedszkola. I tak przez cały rok.
- Jest szybciej, taniej no i brzuch mi nie rośnie - wyjaśniał mi, gdy pytałem, czemu nie jeździ metrem.
Do pracy na rowerze jeździ mój znajomy z prężnej berlińskiej fundacji. Przyznaje, że nie może szarżować po berlińskich ulicach, bo wtedy strasznie się poci. Na służbowych rowerach na spotkania jeżdżą dziennikarze berlińskiej redakcji "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Jeden z nich opowiadał mi, że dział polityczny i gospodarczy ciągle kłócą się o to, kto ma pompować w nich koła.
Piszę o tym z przekąsem. W Polsce jeżdżący na rowerach do pracy traktowani są jak odmieńcy (znam to z własnego doświadczenia) - przecież człowiek na stanowisku jeździ samochodem. Na dodatek ryzykują życie i zdrowie, bo jazda przez centrum polskich miast do bezpiecznych nie należy. W Polsce ścieżki to ciągle rzadkość.
A w Berlinie wybudowano ich 753 km! Trudno znaleźć ulicę, przez którą jakaś, by nie biegła (zwykle są po jej obydwu stronach). Do tego specjalna sygnalizacja uliczna dla rowerzystów (ustawiona odpowiednio nisko, by siedzący na rowerze mógł dostrzec), drogowskazy i barierki, do których można rowery przypiąć. Co więcej, kierowcy samochodów trzymają do rowerzystów dystans, a piesi (z reguły) nie łażą po ścieżkach rowerowych. Są miejsca w Berlinie, gdzie po pustej ścieżce można śmigać, są też takie, na których jeździ się w sznureczku rowerzystów - od świateł do świateł. W końcu są ścieżki, którymi dojeżdża się do firm i urzędów, są też ścieżki typowo rekreacyjne wytyczone np. w lesie w Grünewaldzie czy wzdłuż brzegów Wannsee.
Jeśli ma się kondycję, to
rower staje się w Berlinie najszybszym, najtańszym i najbardziej niezawodnym środkiem komunikacji. Miesiąc temu, gdy do Berlina zawitał Lech Kaczyński, przegapiłem e-maila z biura rzecznika rządu o tym, że prasowe oświadczenie pana prezydenta i pani kanclerz odbędzie się godzinę wcześniej. Zorientowałem się dwa kwadranse przed terminem. Teoretycznie z Charlottenburga można dojechać w takim czasie pod urząd kanclerski, ale tego dnia strajkowała kolej. Na Radiotaxi nie można się było dodzwonić, zresztą z okazji wizyty pana prezydenta drogi były zablokowane. Wsiadłem na rower, przejechałem w kwadrans, mijając po drodze prezydencką kolumnę.
Rowerzystów w Berlinie obowiązują pewne reguły. Nie wolno im jeździć po parkach (mają ten przepis znieść) ani po deptakach dla pieszych. W wielu miejscach nie wolno im zjeżdżać ze ścieżki. Ci, którzy wjadą na pieszego, mają poważne kłopoty z policją. Niemcy egzekwują przepisy z całą stanowczością. Kilka razy widziałem łapanki, jakie urządzano na rowerzystów na ścieżkach tylko dla pieszych. Złapanych kosztowało to 10 euro. Zsiadali z rowerów, płacili potulnie i szli deptakiem, prowadząc rower za kierownicę.
Bartosz T. Wieliński, Berlin
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
za
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34889,4698701.html