Nie da się odkryć koła na nowo. Ale można odkryć dwa koła! Polski inżynier wymyślił składak jeżdżący ponoć lepiej niż klasyczny rower. Postanowiliśmy przekonać się, czy to prawda
Marek Jurek, wynalazca i jego nowatorski rower


Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Marek Jurek, wynalazca i jego nowatorski rower
Co tu jeszcze można wymyślić? Były bicykle, tricykle, są monocykle, składaki, "górale", BMX-y, rowery poziome, jest ostre koło. Wydawałoby się, że w ciągu 170 lat (bo na wcześniejszych nie dało się jeździć) ludzkość w temacie "rower" powiedziała już wszystko. Ludzkość może tak, ale Marek Jurek nie.
A gdy powiedział, dostał złoty medal na Międzynarodowych Targach "Pomysły, Wynalazki, Nowe Produkty" iENA 2011 w Norymberdze. Pod koniec grudnia odebrał medal i pokazał to, co zrobił. Choć jego składany rower nie doczekał się jeszcze nazwy, uczestnicy targów w Norymberdze ochrzcili go mianem Easy Rider Bike - z powodu właściwości roweru i sylwetki rowerzysty. Ale po kolei.
Widząc coś takiego na ulicy, szybko spostrzeglibyście, że coś tu nie gra. Bo tak: są koła (nawet spore), pedały też. Nie brak kierownicy i ramy. Jeszcze kilka sekund i już widzicie, że wszystko to owszem, jest, ale w nieco innym miejscu: siodełko bardzo nisko, kierownica bardzo wysoko, pedały na przednim kole, a same koła bardzo blisko siebie. Łańcuch? Brak. Ale za to jest oparcie dolnej partii pleców. Zupełnie jak w starych motocyklach. Ach, no i dwuczęściowa rama, bo przecież to składak.
No właśnie, o ile pan Marek jest ojcem tego wynalazku, o tyle jego matką - potrzeba. Każdy inny człowiek potrzebujący składaka przejrzałby ich ofertę i wybrał coś dla siebie. Pan Marek też to zrobił, ale nic dla siebie nie znalazł. Dlaczego? Bo składak to kompromis. Coś za coś. Owszem, mieści się w bagażniku. I to jego jedyna zaleta. Bo w każdej innej konkurencji przegrywa ze zwykłym rowerem. Jest cięższy, jest wolniejszy, a więc gorzej jeździ. Jest bardziej skomplikowany - a więc droższy. Rad nierad pan Marek, notabene inżynier zatrudniony w stołecznym Instytucie Fizyki, postanowił zrobić własny składak. Taki, co zamiast "coś za coś" oferowałby "coś plus coś". Czyli byłby lepszy od zwykłego roweru.
Pomysł, aby w tym celu umieścić pedały z przodu, każdy inny człowiek uznałby za głupotę. Bo wiadomo, wystarczy mocny nacisk na pedały, by rower zaczął skręcać. W efekcie pod każdą górkę jechalibyśmy wężykiem. Owszem, są rowery poziome, które też mają pedały z przodu i nie wężykują. Ale tylko dlatego, że mają napęd tylny, co nie jest eleganckim rozwiązaniem (czy - jak wolą konstruktorzy - "czystym"), bo wymaga kilku metrów bieżących łańcucha. Tu pedały osadzone są na osi koła, więc łańcucha nie ma wcale. Jest za to przekładnia planetarna 2,8:1. (gdyby miały ją pierwsze bicykle, ich konstruktorzy nie musieliby powiększać przedniego koła do monstrualnych rozmiarów i tym samym narażać bicyklistów na upadki z wysokości 2 m). Ale nawet przekładnia nie wyjaśnia, dlaczego rower nie wężykuje. Otóż dlatego, że jest tu (kolejna osobliwość) stalowa linka łącząca "układ kierowniczy", a więc przód ramy, z miejscem, w którym rama się łamie. I tym sposobem dochodzimy do następnego dziwactwa - wahliwej ramy. W każdym innym składaku jej obie części, przednia i tylną, blokuje się na czas jazdy - tutaj zawsze są ruchome. A mimo to rower nie składa się w czasie jazdy. Dlaczego? To zasługa bardzo łagodnego kąta główki ramy, która to główka leży (kolejna osobliwość) nie nad, ale za przednim kołem.
Jak jeździ ten zbiór osobliwości?
Zadziwiająco dobrze. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba dwóch-trzech minut. Tyle trwa nauka jazdy na chyba jedynym w świecie przednionapędowym składaku. Jeśli więc zostawimy go pod sklepem, raczej nie musimy się bać, że złodziej od tak wsiądzie i odjedzie. Już prędzej weźmie go pod pachę i pobiegnie. Za mną, niczym ojciec za synem, przez pierwsze 200 m biegł konstruktor składaka. Po to, bym nie zakończył testu w sposób bolesny dla nas obu. Jadąc niepokojąco dużymi zakosami, z trudem starałem się ulec radom pana Marka ("Luźniej ręceee!"), bo instynkt podpowiadał mi coś z goła odwrotnego. Mniej więcej po minucie zakosy zmalały, podobnie jak sylwetka wynalazcy. A potem było już tylko lepiej. Odkryłem, że siedzi wygodnie, pedałuje lekko i jedzie całkiem szybko. Pozycja? Odprężona. Jak Petera Fondy w filmie "Easy Rider" - ręce wysoko, nogi z przodu. Ale największym zaskoczeniem jest jednak zwrotność tego czegoś. Mimo braku wprawy zawracanie w uliczce o szerokości 3 m okazało się dziecinnie proste. Pokażcie mi drugi rower o tak dużych kołach, który lubi nawroty w miejscu! Tym da się jeździć po pokoju. A to dlatego, że ma krótki rozstaw osi, nisko umieszczony środek ciężkości i łatwo się pochyla. Radość z jazdy rośnie z każdą minutą. Niechętnie, ale zatrzymuję się i składam rower. To ostatnie robi jeszcze większe wrażenie niż jazda. Nie trzeba niczego odkręcać ani nawet się schylać. Wystarczy po prostu mocno skręcić kierownicą. I już. Czas? Sekunda. To też światowy rekord. A teraz wystarczy wziąć rower za ramę i pójść. Mimo że to prototyp zrobiony z pospolitych materiałów, waży niecałe 12 kg. - Gdyby użyć aluminium albo karbonu, spokojnie można by go odchudzić o 2-3 kg - twierdzi inż. Marek Jurek. I dodaje, że tym składakiem jest w stanie przegonić niemal każdy klasyczny rower. - Mniej męczy i jest szybszy. Na 30-kilometrowej trasie zarabiam około 7 min.
Mnie w tym wszystkim najbardziej dziwi fakt, że w tak zgranym przedmiocie codziennego użytku pojedynczemu człowiekowi udało się wykrzesać tak duże rezerwy. Zebrać zalety różnych konstrukcji. Bez kompromisów i bez wad. Bo podsumujmy: Easy Rider Bike ma bardzo duże koła, a mimo to dość nisko się na nim siedzi i łatwo na niego wsiada. Składa się jak żaden składak (równie duży Dahon Jack D7 potrzebuje na to 30 s), jest od nich lżejszy i jest prostszy nawet od zwykłego roweru. Nie ma łańcucha, a więc nie brudzi, i stawia mniejszy opór podczas pedałowania. A pedałuje się lżej także z racji ułożenia nóg - bardziej naturalnym niż w cenionym za szybkość rowerze poziomym. W porównaniu z tym ostatnim gwarantuje dużo lepszą widoczność (tułów pionowy, głowa wysoko), o zwrotności nie mówiąc (tu przebija nawet tradycyjne rowery o podobnie dużych kołach).
Klasę tej konstrukcji można docenić, porównując ją do np. okrzykniętego jako rewelację i nazwanego "pierwszym prawdziwym składakiem" roweru Contortionist Dominica Hargreavesa. Owszem, po serii czynności upodabniających ramę pojazdu Brytyjczyka do orgiami całość udaje się złożyć do rozmiarów bagażnikowych. Tyle że na filmie obrazującym ten proces nie sposób dopatrzyć się ani łańcucha, ani lewego pedału (!). Może dlatego mimo upływu trzech lat od premiery i nagrody Jamesa Dysona Contortionist nie zawojował rynku.
Miałem dwie godziny, by zdemaskować jakąś skazę polskiego roweru. Ostatecznie poddałem się, gdy zobaczyłem, jak łatwo jeździ się nim bez trzymanki. - Czy on ma jakąś wadę, bo chyba musi?! - pytam pana Marka.
- Ależ tak - odpowiada - wszyscy się za nim oglądają
Cóż, pozostało mi tylko życzyć takiego sukcesu rynkowego superskładakowi, by za kilka lat nikt się już za nim nie oglądał.
Uważam, że zapowiada się świetnie. Strasznie chętnie bym się na tym przejechał.