Pan Tomasz, postrach wszystkich urzędników2008-04-01, ostatnia aktualizacja 2008-04-01 23:03
Zmaga się ze wszystkimi służbami miejskimi o to, żeby kierowcom, niepełnosprawnym, pieszym i rowerzystom żyło się w Warszawie lepiej. I ma już pierwszy sukces!
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Przy przejściu przez ul. św. Bonifacego Tomasz Roliński znalazł zbyt wysoko umieszczony przycisk pod sygnalizatorem
Tomasz Roliński jest inżynierem akustykiem. I jak mówi, ma dar do wykrywania najróżniejszych drogowych niedociągnięć. - Jadę, patrzę: dziura w ulicy. No nie mogę się powstrzymać - robię zdjęcie i ślę do Zarządu Dróg Miejskich - opowiada. - Nie pomaga jedno, to ślę drugie i trzecie. I tak do skutku - dodaje.
Wczoraj zabrał nas na wycieczkę. - Pokażę wam Warszawę - żartuje. Nie ujeżdżamy daleko. Już w pobliżu redakcji, na Czerskiej, uaktywnia się siódmy zmysł pana Tomasza. Betonowe słupki na betonowych podstawkach. Każdy to kilkadziesiąt kilogramów. Mają bronić dostępu samochodom na chodnik. - Patrzcie - podważa nogą jeden z nich. - Komuś coś się nie spodoba i kawał betonu poleci prosto na moje drzwi.
Pan Tomasz sprawdza, co na to prawo. - Przepisy mówią wyraźnie: takie blokady muszą być trwale związane z gruntem - podkreśla.
Jedziemy dalej. "Usterki", które zdążył wykryć wcześniej, zna już na pamięć. To znak drogowy, który od miesięcy leży przewrócony przy ul. św. Bonifacego na Stegnach i nietypowa ścieżka rowerowa wzdłuż tej ulicy. - Prawdziwy niewypał. Nie dość, że ślepa, to jeszcze z niespodziankami. Na środku kilkunastocentymetrowe dziury po starych drewnianych słupach telefonicznych. Zgłoszone dawno temu, ale nietknięte.
To nie koniec niespodzianek. Na tej zaledwie kilkusetmetrowej "ścieżce rowerowej" pokazuje jeszcze kilka koszy na śmieci, latarnię, studzienkę kanalizacyjną, w której pomiędzy szparami mieści się koło jednośladu. - Wpakowano w to grubą kasę. Po co? - wzrusza ramionami. - Ale pokażę coś jeszcze gorszego - oznajmia.
To przejście dla pieszych. Pan Tomasz wyciąga centymetr i załącznik do dziennika ustaw. Przytacza przepis, że przycisk do zmiany sygnalizacji powinien być umieszczony nie wyżej niż 135 cm. Mierzy. - Ile jest? 144 cm. Prawie wszędzie za wysoko - mówi.
Podchodzi do pierwszej z rzędu latarni. Bez najmniejszego problemu otwiera skrzynkę z wyłącznikiem w środku. - Pewnie mógłbym nim coś wyłączyć. Ile później będzie kosztować ustalenie, dlaczego coś się nie świeci. A wystarczy zwykłe zabezpieczenie. O! A tu w środku sterczą kable, na wyciągnięcie ręki - pan Tomek chwyta za aparat fotograficzny i robi zdjęcia. Wszystko fotografuje. - Nikt mi nie zarzuci, że przesadzam.
Przy Trasie Siekierkowskiej leży rozwalony sygnalizator świetlny. Wyciąga telefon, dzwoni na pogotowie drogowe. Przedstawia się i dokładnie opisuje dyspozytorowi miejsce. Nieco dalej nagle się zatrzymuje. - Słyszysz? - pyta. Z sygnalizatora dobiega ciągły dźwięk. To znak dla niewidomych, że mają zielone światło. Ale akurat jest czerwone, a "piszczy" cały czas. Znowu wyciąga telefon i dzwoni do ZDM. Po południu w powrotnej drodze z pracy spotyka tam już ekipę.
Pan Tomasz wysłał już kilkaset e-maili monitów. Tłumaczy odpowiednim służbom, na czym polega problem, dołącza fotografie i podpowiada rozwiązanie. Zarząd Transportu Miejskiego, Zarząd Oczyszczania Miasta, Zarząd Dróg Miejskich, biuro drogownictwa i komunikacji w ratuszu, miejski inżynier ruchu, policja. Wszyscy go już znają. - Już ich przejrzałem. Najpierw przerzucają się odpowiedzialnością: "Ten kosz nie mój, to nie leży w naszej gestii"- pan Tomasz streszcza niektóre odpowiedzi. - Później następuje logiczne wyjaśnienie typu: "Postawimy nowe latarnie, nie ma sensu inwestować w stare". Ale na sam koniec, jak się postraszy mediami, to w końcu coś zrobią.
I mimo że załatwienie czegokolwiek trwa wieki, pan Tomasz nie poddaje się. Drąży, czyta przepisy, wielokrotnie ponawia "prośby".
Doczekał się już nawet pierwszego sukcesu. Po kilku latach w końcu doprowadził do tego, że kilka dni temu przesunięto sprzed sygnalizatorów świetlnych betonowe kosze. Wcześniej osoby na wózkach inwalidzkich nie były w stanie dotrzeć do przycisku zmiany świateł. - ZTM poradził sobie z tym zadaniem, ZOM działa nieco gorzej - ocenia. - Przenoszą kosze bez sensu, a w ziemi zostaje kilkucentymetrowa betonowa podstawka. Jutro wyślę im zdjęcia - kwituje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
P.S. Zdaję sobie sprawę, że to nie do końca rowerowy temat, ale jednak w tematykę dekady-żenady wpisuje się to doskonale :) Swoją drogą bardzo mnie zainteresowała informacja o obowiązku przytwierdzania blokad do gruntu. Betonówki niestety są regularnie przesuwane, gdzie tylko jakis kierowca ma na tyle zaparcia, by wysiąść na chwilę z samochodu.