Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: Cz maja 01, 2008 13:06 
Offline
Stały Bywalec

Dołączył(a): Pn cze 25, 2007 11:29
Posty: 245
http://thinkorthwim.com/2007/05/17/andr ... an-sprawl/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Cz wrz 04, 2008 8:02 
Offline
Zielony Oszołom

Dołączył(a): Wt sty 30, 2007 17:03
Posty: 487
Lokalizacja: Bielany
Ucieczka z McRezydencji

Ameryka zaczyna zaciskać pasa i oszczędzać energię. Okazuje się, że wymaga to przemyślenia sposobu osiedlania się. Zmierzch słynnych suburbiów wieszczy tzw. nowy urbanizm, który jest tak naprawdę... powrotem do źródeł.

Obrazek

Zaczęło się od krótkiej notatki, którą na początku lat 70. Douglas Kelbaugh przeczytał w porannej gazecie: francuski inżynier Felix Trombe wybudował w Pirenejach chatę zasilaną energią słoneczną. W Ameryce istniały już tu i ówdzie domy z panelami słonecznymi, technologia ta była jednak bardzo droga. Trombe po raz pierwszy zastąpił kosztowne wentylatory tanią, wykonaną ze szkła i betonu ścianą retencyjną. - Miałem właśnie zacząć budować dom dla mojej rodziny - wspomina Kelbaugh, który kilka lat wcześniej zakończył studia na Wydziale Architektury Uniwersytetu Princeton. - Byłem zaintrygowany. Trochę na wariackich papierach, bo planów Trombe’a nikt przedtem nie wykorzystywał, postanowiłem spróbować.

Załatwienie niezbędnych pozwoleń i uzyskanie kredytu hipotecznego kosztowało sporo zachodu. W końcu jednak budowa ruszyła. - Okazało się to najlepszą inwestycją, jaką kiedykolwiek zrobiłem - mówi Kelbaugh, który dziś jest rektorem szkoły architektury i urbanistyki przy Uniwersytecie Michigan w Ann Arbor.

Ekologiczny dom opisywano w prestiżowych magazynach, na oględziny przychodzili inżynierowie i architekci. Sam Kelbaugh otworzył pracownię specjalizującą się w budynkach zasilanych energią słoneczną. Wydawało się, że tuż po kryzysie paliwowym lat 70. w Stanach Zjednoczonych budzi się ekologiczno-energetyczna świadomość. - Ale w którymś momencie zaczęliśmy się z moimi współpracownikami zastanawiać: wolno stojące domy, które budowaliśmy, były energetycznie wydajne. Co z tego, skoro właściciele nadal parkowali przed nimi po dwa lub trzy samochody, którymi wykonywali kilkanaście przejażdżek dziennie?

Z badań, które przeprowadził wówczas Kelbaugh, jasno wynikało, że to przede wszystkim urbanistyczne rozwiązania, nie zaś stosowane w indywidualnych domach technologie decydują o zużyciu energii. Konwencjonalny dom w mieście był energetycznie wydajniejszy niż ekologiczne domy na przedmieściach. - Może po prostu próbowaliśmy nieudolnie reperować to, co zepsuli urbaniści? - wspomina architekt swoje ówczesne rozterki. - Być może potrzebne były radykalniejsze rozwiązania?

Jak rosły suburbia

Kiedyś uprawiano tu kartofle. Latem 1947 r. na świeżo wybudowaną drogę nieopodal farmy w Hicksville pod Nowym Jorkiem wjechały ciężarówki. Jedna po drugiej zatrzymywały się co 30 metrów, zrzucając wszędzie identyczny ładunek: deski, rury, cegły, dachówki, przewody. Wkrótce obok schludnych paczek pojawiały się buldożery i koparki. Wykopanie fundamentu trwało 13 minut. Wtedy do akcji wkraczały betoniarki. Gdy wysechł cement, za układanie cegieł, mocowanie izolacji i malowanie ścian zabierały się po kolei dwu- i trzyosobowe załogi. Wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Pod klucz oddawano 30 domów dziennie. W ciągu trzech lat na kartoflanych polach firma Levitt wybudowała blisko 11 tys. domów.

Powstało 40-tysięczne miasteczko - Levittown. Wbrew temu, co sugerowała nazwa (town - ang. miasto), ta osada niewiele miała wspólnego z tradycyjną miejską zabudową. Pojawiły się szkoły, osobna centrala telefoniczna, prywatna poczta. W labiryncie ślepych uliczek brakowało jednak skwerów czy parków, próżno było szukać sklepu spożywczego, kina czy jakiejkolwiek instytucji użyteczności publicznej (wyjątkiem były pływalnie). Nie istniały nawet chodniki.

Levittown było sypialnią, po której poruszać się można było wyłącznie samochodem. Początkowo nie mąciło to jednak radości nowych lokatorów. Były żołnierz Wilbur Schaetzl i jego żona do Levittown przeprowadzili się z jednopokojowego, dzielonego z krewnym mieszkania. "Ten dom to emancypacja" - mówił rozentuzjazmowany Schaetzl dziennikarzom.

W lipcu 1950 r. William Levitt trafił na okładkę magazynu "Time". "Nikt w takim stopniu nie przyczynił się do modernizacji przestarzałego sektora budowlanego w Stanach" - zawyrokował tygodnik. Levitta porównywano z Henrym Fordem, który pół wieku wcześniej zrewolucjonizował przemysł, wprowadzając w swoich fabrykach taśmową produkcję. Rzeczywiście, dzieląc konstrukcję domów na 26 wyspecjalizowanych procesów, coś podobnego uczynił dla budownictwa Levitt.

Z jego wynalazków szybko zaczęli korzystać inni. Całe niemal Stany Zjednoczone zamieniły się w ogromny plac budowy. W 1949 r. wzniesiono blisko 1,5 mln nowych domów, rok później prawie 2 mln. Z czasem Levitt zaczął udzielać korzystnych kredytów. Wystarczył minimalny wkład własny - 90 dolarów. Podpisywanie umów trwało ponoć kilkanaście minut. Dom z ogródkiem znalazł się w zasięgu możliwości przeciętnego robotnika.

Szeregi klasy średniej szybko się powiększały. Coraz większe były też budowane w suburbiach domy. Z biegiem lat w standardowym wyposażeniu od Levitta znalazła się ogromna pralka i lodówka. Na początku lat 50. w salonie pojawił się 12,5-calowy telewizor. W 1956 r. nieopodal Levittown otwarto Roosevelt Field - pierwszy mall, czyli wielkie centrum handlowe. W zajmującym półtora kilometra kwadratowego kompleksie pod jednym dachem znalazło się kilkaset sklepów i domów towarowych. Wokół - 17 tys. miejsc parkingowych.

Handlowe malle, które w całej Ameryce zaczęły wyrastać niczym grzyby po deszczu, stopniowo przejęły funkcję skweru czy rynku - nieobecnej w suburbiach przestrzeni publicznej.

Marzenia w nowym opakowaniu

Levittown, które niebawem urosło do rangi symbolu, nie było bynajmniej pierwsze. Suburbia istniały tak długo, jak długo istnieją miasta, bo ludzka tęsknota za idyllicznym życiem podmiejskim jest tak stara jak same miasta. Amerykańskie metropolie powstawały jednak później i znacznie szybciej niż miasta Europy czy Azji - ich spektakularny często wzrost sprzęgał się z rewolucją przemysłową. Wspaniałe wieżowce Chicago, Detroit czy Nowego Jorku wyrastały w pobliżu smrodliwych, hałaśliwych fabryk, nieopodal robotniczych slumsów. Na przełomie XIX i XX wieku, kto tylko mógł, chciał się z takiego otoczenia wydostać. Najzamożniejsi: Hearst, Ford czy Rockefeller - budowali okazałe posiadłości za miastem. Położone w pięknych parkach, otoczone przestronnymi ogrodami, pozwalały wąskiej grupie świeżo upieczonych kapitalistów korzystać z dobrodziejstw ery przemysłowej z dala od wszystkich jej mankamentów.
Z czasem przedmieścia zaczęły się demokratyzować. W latach 20. i 30., wraz z pojawieniem się pociągów i tramwajów, a potem masowo kupowanych samochodów, o przenosinach za miasto mogli zacząć myśleć przedstawiciele klasy średniej. Przyszła jednak Wielka Depresja, a zaraz potem II wojna światowa. Przez kolejne dwie dekady - niemal całe pokolenie - w Stanach Zjednoczonych nie budowano prawie nic. Kiedy w 1945 r. zaczęli z frontu powracać weterani - zdemobilizowano 14 mln żołnierzy - ruszyła lawina. Brakowało mieszkań i miejsc zatrudnienia. Rząd federalny uruchamiał najrozmaitsze programy, tanie kredyty, ulgi podatkowe. - Spłacano w ten sposób dług wobec powracających z frontu. Nie musieli już mieszkać w miastach. Mogli zamieszkać w nowiutkich domach na przedmieściach, wieść przyjemne życie, zakładać rodziny - tłumaczy architekt i urbanista Peter Calthrope.

Dla wielu przedstawicieli klasy średniej to właśnie dom z ogródkiem, garaż i ogromna lodówka stają się w tym okresie wyznacznikiem ich statusu. - To powojenna wersja amerykańskiego marzenia. Amerykańskie marzenie w nowym opakowaniu - mówi Calthrope.

Ale w latach 50. swoje marzenia próbują realizować nie tylko przedstawiciele białej klasy średniej. Z czarnego i rolniczego tradycyjnie Południa do przemysłowych miast Północy masowo migrują czarnoskórzy. Oni, jak dotąd, o spokojnych domach na przedmieściach jeszcze marzyć nie mogą - zajmują jednak opuszczane przez białych centra miast. To dodatkowo przyśpiesza ucieczkę białej klasy średniej na przedmieścia. Amerykańskie metropolie przechodzą dramatyczną metamorfozę: w ich centrach pozostają biurowce, wokół których wyrastają czarne najczęściej slumsy. - To zupełnie wyjątkowe zjawisko - mówi pochodząca z Meksyku Patricia Fernandez-Kelly, socjolog z Uniwersytetu Princeton. - W żadnym latynoamerykańskim czy europejskim mieście nikomu nie przyszłoby do głowy, by z centrum miasta uczynić biurowiec czy bank, który o piątej, szóstej po południu wyludnia się i zamiera.

Z czasem jednak nawet biurowce i banki zaczynają z centrów amerykańskich miast uciekać. Wraz z zasobnymi klientami na przedmieścia przeniosą się domy towarowe, szpitale, kina, parki rozrywki.

Ich miejsca w wielu przypadkach zajmie miejska preria.

Architektoniczny fast food

W 1900 r. w mieście żył co dziesiąty mieszkaniec globu. Dziś co drugi. - Na całym świecie mamy do czynienia z tendencją do urbanizacji - mówi prof. Kelbaugh. - W Stanach Zjednoczonych dzieje się tymczasem coś odwrotnego. Mieszkańcy metropolii migrują do suburbiów.

Na przedmieściach mieszka dziś połowa Amerykan?w. Gęstość zaludnienia w przeciętnym amerykańskim mieście jest trzykrotnie niższa niż w Paryżu i trzynastokrotnie niższa niż w Hongkongu. Gdzie leży przyczyna?

- Przede wszystkim w głęboko zakorzenionej skłonności amerykańskiego społeczeństwa do ekspansji, wzrostu i zaczynania od nowa, ilekroć pojawiają się trudności - tłumaczy prof. Kelbaugh. - W tym kraju przestrzeni i surowców zawsze było pod dostatkiem. Brakowało powodów, by się tłoczyć czy cokolwiek oszczędzać - m?wi Kelbaugh. - Wręcz przeciwnie, istniały ważne przesłanki społeczne i polityczne, by się z takich ograniczeń wyzwolić.

Jak zauważa, Amerykanie są najbardziej mobilnym społeczeństwem świata.
- Z pewnością możemy być dumni z naszej mobilności społecznej, która tak bardzo odróżnia nas od Europy. Tam znacznie trudniej o przekraczanie barier klasowych, trwa to najczęściej kilka pokoleń. Jednak, zdaniem Kelbaugha, ta społeczna mobilność idzie w parze ze skłonnością do ciągłego przemieszczania się, za którą Ameryka płaci wysoką cenę: - Marnotrawstwo, tandeta, nietrwałość nigdy nie były w tym kraju powodem do zmartwienia - mówi.

Suburbia są tego namacalnym dowodem. Budowane w nich szybko i byle jak domy, określane czasem mianem McRezydencji, rzeczywiście przywodzą na myśl sztandarowy produkt sieci McDonald: są duże, tanie, do bólu przewidywalne i przeznaczone do szybkiej konsumpcji.

Nic tak trafnie nie symbolizuje amerykańskiej psyche jak umożliwiający ciągłe przemieszczanie się samochód. Dorosły Amerykanin potrafi wymienić od 12 do 20 różnych kolorów, około 15 odmian owoców i od 60 do 70 nazw samochodów. To nie przypadek, że tak spektakularny rozkwit suburbiów nastąpił w latach 50. Wówczas właśnie okrzepła w Stanach kultura samochodowa: pojawiły się wielopasmowe autostrady i cała motoryzacyjna infrastruktura: stacje paliw, motele, fast foody, a nawet banki, w których niemal wszystko można załatwić bez wysiadania z samochodu. - Rozwój przedmieść nie byłby możliwy bez samochodów - mówi Peter Calthrope. Potwierdzają to statystyki: przeciętna zamieszkująca suburbia rodzina przejeżdża samochodem blisko 50 tys. kilometrów rocznie, niemal czterokrotnie więcej niż podobna rodzina mieszkająca w dużym mieście (13 tys. kilometrów).

- Koszty podróżowania samochodem są w USA sztucznie zaniżone, podobnie jak koszty energii - uważa prof. Kelbaugh. Richard Heinberg, autor alarmistycznej książki "The Party is Over" (w swobodnym przekładzie: "Już po balu"), pisze w niej o kurczących się zasobach światowej ropy. - Na początku XX w. Stany Zjednoczone tonęły w taniej ropie; w Teksasie była tańsza niż woda. Przemysł samochodowy, który bardzo szybko stał się kołem zamachowym amerykańskiej gospodarki, narodził się dlatego, że dla owej taniej ropy szukaliśmy jakiegoś zastosowania - mówi Heinberg.

W rezultacie miliony Amerykanów zamieszkały z dala od miejsc pracy czy miejsc, w których zaspokajają podstawowe potrzeby. - Było to możliwe, bo w każdej chwili mogli wsiąść w samochód i pojechać, dokądkolwiek zechcą - podkreśla Heinberg. Dodaje jednak, że globalne zasoby ropy są na wyczerpaniu, a ceny energii będą rosły. Trwający od pół wieku okres beztroskiej, rozpasanej konsumpcji także dobiega końca.

Nowy urbanizm

Przy spokojnej zielonej ulicy w Princeton zaprojektowany przez Kelbaugha dom stoi do dziś. Proste geometryczne formy i ascetyczny styl odróżniają go od reszty sąsiedztwa, ale słoneczna technologia nie jest już dziś ewenementem. W zasobnym miasteczku uniwersyteckim przyjazne środowisku, zasilane energią słoneczną czy geotermalną domy spotyka się coraz częściej. Galon benzyny kosztuje ponad dwukrotnie więcej niż dziesięć lat temu, nic więc dziwnego, że alternatywne źródła energii i "zielona architektura" stały się bardzo modne.

Jednak zdaniem Thoma Mayne’a, właściciela pracowni architektonicznej Morphosis w Los Angeles, amerykańska ekoarchitektura na razie raczkuje. - Skupiamy się na pojedynczych elementach. Odhaczamy po kolei: stojak na rowery, energooszczędna klimatyzacja... Wszystko postrzega się bardzo wąsko - m?wi. - Tymczasem konsumpcja energii, organizacja miejsc pracy, rozwiązania urbanistyczne - wszystkie te elementy są ze sobą ściśle powiązane. W Europie od kilkudziesięciu lat kładzie się większy nacisk na planowanie i organizację miast.

O lepszym planowaniu i organizacji miast od kilkudziesięciu lat rozmyślało także małżeństwo amerykańskich architekt?w - Andres Duany i Elizabeth Plater-Zyberk. Na początku lat 80. dzięki ich staraniom na wybrzeżu Florydy powstało modelowe miasteczko Seaside. Zwarta, wielofunkcyjna zabudowa: niewielkie, usytuowane blisko krawężników domy, wąskie, zadrzewione, przyjazne pieszym i rowerzystom ulice, miały stanowić alternatywę dla suburbiów. W 1993 r. Duany i Plater-Zyberk wraz z grupą kilkudziesięciu wpływowych architektów i urbanistów (znaleźli się wśród nich m.in. Kelbaugh i Calthrope) powołali do życia Kongres Nowego Urbanizmu. Zrzeszający dziś ponad 2 tys. członków ruch proponuje tak naprawdę powrót do źródeł. - To nic nowego. Wręcz przeciwnie - przyznaje prof. Kelbaugh. - W Europie nikt nie nazwałby tego nowym urbanizmem, bo jest to urbanizm całkiem stary. W Ameryce to nowość, bo przez ostatnie pół wieku królowały tu samochód i suburbia.

Dzięki wysiłkom nowych urbanistów w całych Stanach powstało już kilkaset podobnych do Seaside miast i dzielnic: przyjaznych obywatelom, a nie tylko konsumentom. Ale nowy urbanizm stał się też inspiracją dla wielu drobnych działań lokalnych, podejmowanych często przez nieformalne grupy czy niewielkie społeczności. Przykładem może być malownicze Boulder w stanie Kolorado. Jego mieszkańcy, dobrowolnie podniósłszy sobie podatki, od początku lat 80. systematycznie wykupują położone tuż przy granicy miasteczka tereny. Stworzony w ten sposób pas zieleni stanowi barierę dla panoszących się wokół suburbiów.

Czy jest to początek urbanistycznej rewolucji? - Tworzenie miast jest jednym z najbardziej skomplikowanych ludzkich przedsięwzięć. Miast nie tworzy jedno pokolenie - mówi Kelbaugh. - Są sumą wielu działań - zarówno małych, jak i dużych. I jak każdy samoregulujący się organizm, muszą się nieustannie naprawiać i korygować.

Podobnie jak ludzkie marzenia.

Magdalena Rittenhouse z Nowego Jorku
Tygodnik Powszechny 9.03.2008

Adres artykułu: http://tygodnik.onet.pl/36,0,7229,artykul.html

[dodałem kilka wytłuszczeń - J.]

_________________
--
pzdr.

Jack


Ostatnio edytowano Cz wrz 04, 2008 10:46 przez jack, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Cz wrz 04, 2008 9:18 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 21:18
Posty: 2036
Lokalizacja: Z Warszawy
Troche Ameryka w konserwach.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt lis 24, 2009 8:46 
Offline
Admin

Dołączył(a): Pt gru 29, 2006 11:44
Posty: 2017
Lokalizacja: Bielany, Żoliborz, Praga Północ
Ciąg dalszy historii, czyli o przeistaczaniu się osiedli domów jednorodzinnych za miastem w slamsy:

http://www.theatlantic.com/doc/200803/subprime

Cytuj:
The subprime crisis is just the tip of the iceberg. Fundamental changes in American life may turn today’s McMansions into tomorrow’s tenements.
by Christopher B. Leinberger

The Next Slum?

Strange days are upon the residents of many a suburban cul-de-sac. Once-tidy yards have become overgrown, as the houses they front have gone vacant. Signs of physical and social disorder are spreading.

At Windy Ridge, a recently built starter-home development seven miles northwest of Charlotte, North Carolina, 81 of the community’s 132 small, vinyl-sided houses were in foreclosure as of late last year. Vandals have kicked in doors and stripped the copper wire from vacant houses; drug users and homeless people have furtively moved in. In December, after a stray bullet blasted through her son’s bedroom and into her own, Laurie Talbot, who’d moved to Windy Ridge from New York in 2005, told The Charlotte Observer, “I thought I’d bought a home in Pleasantville. I never imagined in my wildest dreams that stuff like this would happen.” ...

_________________
pozdrawiam, olek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt sty 12, 2010 9:01 
Offline
Zielony Oszołom

Dołączył(a): Wt sty 30, 2007 17:03
Posty: 487
Lokalizacja: Bielany
Miasto idealne

Magdalena Staniszkis, architekt i urbanistka, mówi Joannie Bojańczyk o tym, jak tworzyć lokalną przestrzeń do dobrego życia miejskiego. Sklep blisko domu, knajpka na rogu, mała szkoła - to łączy ludzi najbardziej

Była pani niedawno w Katowicach na konferencji "Metropolie rządzą światem". Mówiono tam o tym, jak rozwiązania techniczne, przede wszystkim informatyka, mogą poprawić jakość życia w mieście. Wizja milionów mieszkańców zarządzanych przez komputery jest dość ponura.

Poruszano wszystkie tematy związane z miastem - edukacja, komunikacja, architektura, infrastruktura. Duże miasta się rozrastają. Jak je zorganizować, żeby dało się w nich żyć? Normalny człowiek się nad tym nie zastanawia. Platon mówi, że ludzie stworzyli miasto dla dobrego życia.

Na miasto jesteśmy cywilizacyjnie skazani. Ale czy ono zapewnia dobre życie?

Dobrze się żyje w takim mieście, w którym wychodzi się z domu, idzie ulicą i widzi ludzi, których zna się z widzenia, a w sklepie sprzedaje ktoś, kto mówi: "niech pani tego sera nie kupuje, on jest nieświeży". Jak się ma dzieci, można je wziąć za rękę i zaprowadzić do przedszkola, a jak są starsze, mogą same bezpiecznie dojść do szkoły.

Ale chcemy, żeby w mieście było także kino czy centrum handlowe. I wtedy ono już tak się rozrośnie, że odległości przestaną być przyjazne.

Wcale nie. Przecież jeśli ktoś mieszka np. w Warszawie na Saskiej Kępie, to niespecjalnie go obchodzi, co się dzieje kilkanaście kilometrów od niego w rejonie ronda Babka. I nie musi go to obchodzić, bo sklepy pierwszej potrzeby ma niedaleko domu.

Życie składa się z potrzeb codziennych i niecodziennych. Niewiele osób chodzi każdego dnia do filharmonii. A konieczne sprawy da się co dzień załatwić, nie wsiadając do samochodu ani do metra. Ludzie mają niezmienne zachowania od zawsze. Jak człowiek ma gdzieś iść dłużej niż 10 minut, to nie idzie. W zasięgu tych 10 minut powinien mieć mały park albo plac zabaw dla dzieci (one też nie lubią chodzić daleko). Plac zabaw to miejsce, gdzie powstają ważne więzi społeczne.

Dojść piechotą można do parku, ale do pracy już trudniej.

Dlaczego? To też możliwe. Na przykład: jeśli ktoś ma własną firmę z siedzibą blisko domu. Albo jeżeli miejsca pracy nie są skoncentrowane wyłącznie w centrum miasta, lecz znajdują się w środku dzielnicy. Miasto idealne nie powinno wymagać jeżdżenia samochodem. Bo to jest i koszt, i zanieczyszczenie środowiska, i kłopot z parkowaniem. Są badania, które dowodzą, że w miastach, gdzie jest dużo zieleni, ludzie są zdrowsi. Miasto do 40, 50 tysięcy mieszkańców może funkcjonować tak, że się po nim tylko chodzi. Oczywiście, może po nim jeździć autobus, ale w zasadzie wszędzie można w 15 minut dojść na piechotę.

A co z miastami, które mają więcej niż te 50 tysięcy mieszkańców?

Dam przykład miasta, które znam, bo jest moim miastem rodzinnym. To Sopot. Nie jest wyizolowany, bo to część dużej aglomeracji. Ale zarazem ma mocną własną identyfikację. Ludzie z Trójmiasta wiedzą, kto jest z Sopotu, a nie na przykład z Orłowa czy Wrzeszcza. Taka mała ojczyzna. Dodatkowy bonus to kontakt z przyrodą - piękny krajobraz, dobra jakość powietrza i płynące z tego doznania estetyczne. Ktoś powiedział: "nie ma społeczeństw bez miejsca".

Ile jest w Polsce takich miast, które dzięki warunkom naturalnym, organizacji, architekturze zbliżają się do ideału miasta?

Mnóstwo.

Chyba tych mniejszych, bo duże już się nie zmniejszą. Warszawa to piekielne miasto do życia, z podłą komunikacją, korkami, jedną linią metra.

Duże miasto to zespół małych miast. Takich miejskich wiosek. Żoliborz, Bielany, Saska Kępa to warszawskie dzielnice, z którymi ludzie się identyfikują. Ta identyfikacja sięga najczęściej młodości - jesteśmy z tej samej szkoły.

Za Peerelu były domy kultury. W wolnej Polsce zanikły, bo ludzie nie chcieli, żeby ich instytucjonalnie ukulturalniać. Teraz się odradzają.

Unia daje nam na nie pieniądze. Europa wie, że dom kultury to pożyteczne miejsce, gdzie powstaje społeczeństwo obywatelskie. Zaczyna się od poczucia, że jestem stąd, że jesteśmy razem i możemy wspólnie działać. Zresztą społeczeństwo się starzeje, mamy coraz więcej wolnego czasu, a na emeryturę przechodzą ludzie, którzy są w pełni aktywni. Im takie wspólnoty lokalne dają kontakt z młodszymi, aktywne spędzenie czasu wolnego oraz poczucie, że są potrzebni.

Ale czy w dużych miastach da się odbudować zerwane więzi? W nowych osiedlach nie znają się nawet sąsiedzi z tego samego piętra.

Jeśli Kowalskiemu, który zjeżdża rano windą do garażu, wiezie dziecko do przedszkola, a potem wraca wieczorem tylko na spanie, da się szansę załatwienia tych spraw blisko domu, to więzi się odrodzą. Zamiast wieźć dziecko daleko, zaprowadzi je do przedszkola piechotą, zamiast do Auchana pójdzie po bułki do sklepu osiedlowego.

Ale czy da się stworzyć takie więzi sąsiedzkie, jakie istniały dawniej? Gdy ludzie są dziesięć godzin poza domem, kobiety też, to jak tu gadać przy piaskownicy?

Nie wszyscy pracują. Decydenci, grupa czynna zawodowo i średnio zamożna patrzy na świat wyłącznie z własnego punktu widzenia. I to jest głęboko niesprawiedliwe. Bo marginalizuje dwie znaczące społecznie grupy: dzieci i młodzież oraz ludzi starszych. Socjologia nazywa ich grupami zorientowanymi lokalnie. Oni właśnie najbardziej korzystają z przestrzeni lokalnej. To nie znaczy, że zrobią wielkie zakupy w osiedlowym sklepie. Ale na przykład starsi chętnie kupują na bazarach.

Władze uważają bazary za zakałę, którą koniecznie należy zlikwidować albo zepchnąć na przedmieścia. A na przykład w centrum Paryża raz w tygodniu organizuje się targ, który działa kilka godzin i zwija się, nie zostawiając po sobie ani jednego śmiecia. Albo sobotni targ w Nowym Jorku w pobliżu Rockefeller Center.

U nas ludzie handlujący na bazarach nigdy nie mają pewności, czy za chwilę nie zostaną z nich wyrzuceni. To wpływa na opłakany stan tych miejsc. A na przykład w Niemczech, we Francji, we Włoszech miasto ma obowiązek zorganizować bazar. Tam powstaje inny kontakt z towarem i z człowiekiem. To są spontaniczne więzi międzyludzkie.

To kiedy miasta zaczęły się psuć?

Wyraźne przyspieszenie psucia miasta, zaniedbanie myślenia o przestrzeni publicznej zbiega się z uwolnieniem kapitału. To jakieś 20, 30 ostatnich lat. Ideologia liberalizmu i oddania wszystkiego prawom tzw. wolnego rynku doprowadziła do załamania wszystkich zdrowych reguł. Padliśmy na twarz. To dotkliwie wpłynęło na planowanie przestrzenne w Polsce. Zapanował chaos, bo każdy buduje, jak chce i gdzie chce.

Teraz, kiedy ustawa odrolniła tereny w obrębie miast, każdy skrawek zieleni będzie zabudowany. Ale może dobrze, że zamiast kapusty na Ursynowie będziemy mieli osiedla.

Ta ustawa sprzyja pogłębianiu się wszystkich negatywnych zjawisk liberalnej urbanizacji: rozproszeniu zabudowy na peryferiach, budowaniu mieszkaniowych sypialni bez transportu publicznego, kanalizacji czy usług oraz ułatwieniu presji na zabudowę terenów zielonych. Natomiast tzw. zielona polityka miast, czyli utrzymywanie terenów zielonych, powinna być szczególną troską władz samorządowych. Nacisk inwestorów na zabudowę każdego zielonego kawałka jest ogromny. Na przykład w Warszawie nikt się jeszcze nie dobrał do Łazienek, ale już choćby tzw. park Pod Skocznią będzie zabudowany. A zrównoważona struktura miejska polega na tym, żeby teren zabudowany przeplatał się z niezabudowanym.

Po okresie liberalizmu przyjdzie okres regulacji?

Bez regulacji nie ma szans. Muszą być przepisy, standardy zagospodarowania miasta, także instrumenty podatkowe, które umożliwią racjonalny rozwój i będą przeciwdziałać spekulacjom gruntami miejskimi. Bez tego nie będziemy społeczeństwem obywatelskim, pozostaniemy jedynie ludnością i konsumentami.

Do Warszawy przyjechali szwajcarscy ekolodzy i na widok chaszczy nad Wisłą powiedzieli z podziwem: - Utrzymanie tych dzikich brzegów musi was bardzo drogo kosztować.

Jeżeli chodzi o Wisłę, to z powodu wieloletnich niemożliwości czy mówiąc wprost - z biedy, znaleźliśmy się nieoczekiwanie w czołówce modelowego zagospodarowania rzeki w mieście. To fenomen natury w wielkim mieście. Tym właśnie powinniśmy promować Warszawę, obok odbudowanych zabytków i dziur w budynkach po kulach w powstaniu. I chodzi nie tylko o Wisłę w centrum. Wał wiślany za miastem mógłby być wspaniałym deptakiem. Niewiele trzeba: utwardzić powierzchnię, zrobić wypożyczalnię rowerów, parking, otworzyć knajpkę, gdzie można coś zjeść i popatrzeć na rzekę.

Więc jakie jest miasto idealne?

Nie myślmy o tym, jak zbudować idealne nowe miasto wśród łąk i pól. Myślmy, jak dostosować strukturę istniejących miast do potrzeb człowieka, jak stworzyć warunki życia lokalnego. To jest możliwe nawet w dużej aglomeracji. Nie chodzi o to, żeby budować monofunkcyjne blokowiska, takie same jak w PRL, tylko trochę ładniejsze. Chodzi o stworzenie miejskich wiosek, takich jak Saska Kępa, gdzie ulica, przedszkola, szkoły, sklepy, kawiarenki, organizują życie dzielnicy.

Rzeczpospolita
Joanna Bojańczyk 26-03-2009

dr inż. arch. Magdalena Staniszkis
pracuje na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, prowadzi autorską pracownię projektową. Zaprojektowała m.in. biurowiec Rodan w Warszawie (uznany za jedną z 20 Ikon Polskiej Architektury)

Dodane wyróżnienia barwne

_________________
--
pzdr.

Jack


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt sty 12, 2010 14:44 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 21:18
Posty: 2036
Lokalizacja: Z Warszawy
Cytuj:
Życie składa się z potrzeb codziennych i niecodziennych. Niewiele osób chodzi każdego dnia do filharmonii. A konieczne sprawy da się co dzień załatwić, nie wsiadając do samochodu ani do metra. Ludzie mają niezmienne zachowania od zawsze. Jak człowiek ma gdzieś iść dłużej niż 10 minut, to nie idzie. W zasięgu tych 10 minut powinien mieć mały park albo plac zabaw dla dzieci (one też nie lubią chodzić daleko). Plac zabaw to miejsce, gdzie powstają ważne więzi społeczne.


Tak funkcjonuje np. Berlin. Istnieje takie pojęcie w języku niemieckim jak "Kiez" - czyli okolica twojego domu, w której masz wszystko czego Ci do życia potrzeba.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt sty 12, 2010 16:07 
Offline
Stały Bywalec

Dołączył(a): Pn maja 18, 2009 15:34
Posty: 272
Lokalizacja: Warszawa, Sadyba
Wojtek napisał(a):
Tak funkcjonuje np. Berlin. Istnieje takie pojęcie w języku niemieckim jak "Kiez" - czyli okolica twojego domu, w której masz wszystko czego Ci do życia potrzeba.


W Poznaniu nazywamy to fyrtlem (zresztą też z niemieckiego - Viertel) :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Wt sty 12, 2010 20:02 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Cz sty 04, 2007 20:48
Posty: 2583
Lokalizacja: Ochota / Ursynów
Wojtek napisał(a):
Tak funkcjonuje np. Berlin. Istnieje takie pojęcie w języku niemieckim jak "Kiez" - czyli okolica twojego domu, w której masz wszystko czego Ci do życia potrzeba.


To fakt. Największe chyba wrażenie nawet podczas kilkudniowego pobytu zrobił na mnie widok wieczorem, kiedy masa ludzi idzie na kolację do restauracji położonej blisko domu i napiwszy się kieliszka czy dwa wina wraca na piechotę. Nie ma potrzeby się zastanawiać, kto będzie prowadził, bo po prostu nikt nie prowadzi.

Pozdrawiam,
Maciek

_________________
Pozostanie po nas..............|................Włóczykije.eu
ta smutna legenda,.-....__...|.......Przejrzyj, polub, podsubskrybuj RSS.
że wciąż nas uczono...........|_________________________________
uczyć się na błędach...........(Włodzimierz Ścisłowski)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Śr cze 30, 2010 9:00 
Offline
Zielony Oszołom

Dołączył(a): Wt sty 30, 2007 17:03
Posty: 487
Lokalizacja: Bielany
Zaprojektujmy szczęśliwe miasto

Nie ma większej szkoły demokracji niż przebywanie w przestrzeni publicznej – mówi architekt Magdalena Staniszkis.
rozmawiał Piotr Sikorski

NEWSWEEK: Uczy pani przyszłych architektów i urbanistów zrównoważonego rozwoju w projektowaniu miast. Na czym on polega?

PROF. MAGDALENA STANISZKIS: Jest to dążenie do równowagi między ekologią i ekonomią, między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, między satysfakcją jednostki a dobrem wspólnym. Dopiero gdy uda się nam pogodzić potrzeby i interesy różnych grup z nadrzędnym interesem ochrony przyrody, można mówić, że miasto właściwie spełnia swoją funkcję. To znaczy jest przestrzenią do życia – lepszego, szczęśliwszego, wygodniejszego. Przestrzenią sprzyjającą tworzeniu więzi międzyludzkich i poczucia współodpowiedzialności za wspólne miejsce do życia.

Im lepsza przestrzeń, tym lepsze więzi?

– Zofia Nałkowska powiedziała kiedyś, że „jesteśmy jak miejsce, z którego jesteśmy”. Nie ma większej szkoły demokracji niż przebywanie w przestrzeni publicznej. W domu, w pracy, w klubie nic nam nie zagraża, bo obracamy się wśród znanych nam ludzi. Inaczej jest na klatce schodowej czy na deptaku. Tam zabezpieczenia nie ma. I nagle się okazuje, że ktoś spoza naszego kręgu wcale nie musi odnosić się do nas agresywnie i wrogo. Różnice w zamożności, w pozycji zawodowej czy wykształceniu przestają mieć znaczenie. Jest to prawdziwa lekcja wychowania obywatelskiego i egalitaryzmu.

Gdy jednak widzę graffiti na odnowionej kamienicy czy rozbitą wiatę przystankową, zaczynam mieć problem z egalitaryzmem.

– Egalitaryzm nigdy nie był problemem. Przeciwnie. Im bardziej się oddzielamy od innych, tym zagrożenie jest większe. Popatrzmy na psy sąsiadów, które przez płot wyrwałyby sobie gardła. Wystarczy je jednak wypuścić na łąkę, a będą razem biegać, bawić się, hasać. Tak samo jest z ludźmi. Budujemy wysokie mury, płoty. Powstają getta – nie tylko dla ubogich, lecz także dla ludzi zamożnych. Z tego biorą się niepokoje społeczne, protesty, zamieszki uliczne. Jeszcze nie w Polsce, ale w Paryżu już tak.

W ogrodzonym murem osiedlu żyje się bardziej komfortowo.

– A gdzie jest ten komfort? Osiedla strzeżone to z reguły sypialnie na peryferiach wielkich aglomeracji. Aby cokolwiek kupić, załatwić, trzeba z takich miejsc wyjść, a właściwie wyjechać. Czy ludzie, którzy tracą godziny w korkach, są szczęśliwsi? Czy dzieci odwożone do elitarnych szkół, skazane na jednorodne środowisko, będą lepiej przygotowane do życia? Wątpię.
Miarą jakości naszego życia jest między innymi to, czy możemy spacerkiem dojść do sklepu, przedszkola, kościoła, parku. No i do przystanku. Zostawiając samochód w garażu, ograniczamy też emisję spalin do atmosfery. Oddychamy świeższym powietrzem, chronimy środowisko, czyli wsĻpólne dobro. Nie mówiąc już o tym, że chodzenie pieszo jest dla każdego najzdrowsze.

Ale jak żyć bez auta w wielkim mieście?

– Mieszkając w Sopocie, przez wiele lat obywałam się bez samochodu. Ale Trójmiasto, dysponujące doskonałym transportem publicznym, jest modelowym przykładem zrównoważonego rozwoju, tak samo jak warszawski Ursynów. Do kolejki czy metra można dojść niemal z każdego miejsca w 10-15 minut. Inny pozytywny przykład – podwarszawska Podkowa Leśna, gdzie są aż trzy stacje kolejki podmiejskiej. Mieszkańcy cieszą się, że mają dobre połączenie z Warszawą i mogą szybko dojechać do pracy. Ale rozwój aglomeracji stolicy uniemożliwia zorganizowanie komunikacji publicznej. To dlatego, że miasto w ostatnich latach bardzo się rozproszyło, rozpełzło, rozlało po peryferiach. Rozwój oparty na transporcie publicznym musi mieć pewną minimalną miejską intensywność.

Bez odpowiednio zwartej zabudowy nie ma miasta. Ideałem jest więc miasto zwarte, ale równocześnie zielone. Te dwie cechy zrównoważonego miasta powinny występować razem. To nie może być zwartość ad absurdum, na co obecne prawo, niestety, pozwala. Deweloperzy to wykorzystują, budując jak najwięcej budynków na jak najmniejszej przestrzeni. W rezultacie zamiast dobrego miejsca do życia mamy betonowe pustynie w mieście i sypialnie osiedla domków rozproszone na przedmieściach.

Deweloperzy w Paryżu, Berlinie czy Wiedniu też kierują się zyskiem, a jednak tam betonowe pustynie nie powstają.

– Do 1989 roku w zagospodarowywaniu miast obowiązywały standardy państwowe. Socjalistyczne państwo, przynajmniej w ustawodawstwie, dbało nie tylko o pojedynczego obywatela, lecz także o warunki życia społeczności. W związku z tym określało intensywność zabudowy, czyli ile na danej działce można zbudować, ile na jednego mieszkańca powinno przypadać terenów zielonych, a jaką przestrzeń należy przeznaczyć na żłobek, przedszkole, szkołę itd. Ludzie, którzy doszli do władzy po transformacji ustrojowej, odrzucili te normy. Bardzo demagogicznie tłumaczyli, że teraz jest wolność, demokracja i państwo nie ogranicza już niczyjej swobody w zakresie dysponowania świętą własnością. A kto myśli inaczej, jest zwolennikiem komunizmu.

W tym miejscu pozwolę sobie zacytować Grahama Haughtona i Collina Huntera, autorów książki „Zrównoważone miasta”: „Rozwój miasta nie jest wynikiem sił natury, jakichś innych sił danych z góry, wolnego rynku czy ekonomii, rozwój miasta jest wyłącznie wynikiem decyzji politycznych”.

Niewidzialna ręka rynku wszystkiego nie załatwi?

– Ależ miasta od początku istnienia zawsze powstawały na prawach. Czym były te prawa, jeśli nie ograniczaniem swobód mieszkańców? Ludzie zakładali miasta, bo widzieli w tym jednostkowy i wspólny interes, ale równocześnie godzili się na ograniczenia. Nie można było na przykład palić światła po dziesiątej i wyrzucać śmieci poza wyznaczonymi miejscami.

Wolny rynek trzeba godzić z odpowiedzialnością za dobro wspólne. Tak jak się to robi na przykład w Wielkiej Brytanii, która jest kolebką kapitalizmu. Jak wspomniałam, Warszawa – a dotyczy to też innych polskich aglomeracji – bardzo się rozpełzła na peryferiach. W Anglii takie niekontrolowane rozlewanie się miast jest nie do pomyślenia.

Lokalni włodarze nie planują tam rozwoju swoich ośrodków na terenach zielonych, nieurbanizowanych według własnego widzimisię. Najpierw muszą maksymalnie wykorzystać tak zwane brownfields, czyli tereny i budynki po starych fabrykach, portach, kopalniach. Gdy ich zabraknie, dopiero wtedy mogą sięgać po greenfields, czyli łąki, pola i lasy.

Ale nasza władza mówi: budujcie, gdzie chcecie i jak chcecie. Co możemy zrobić?

– Przede wszystkim nie załamywać rąk. Demokracja to ustrój uczestnictwa. I to nie tylko raz na cztery lata, z okazji wyborów. Powinniśmy siedzieć władzy na plecach. Podpowiadać jej, jak powinno wyglądać nasze wymarzone, zrównoważone miasto. Gdyby społeczeństwo było bardziej świadome, piętnowałoby te dzisiejsze działania, które mogą mieć negatywne skutki za lat 20, a może za 50. Wtedy politycy mieliby zupełnie inne warunki działania. Zatem potrzeba nam dwóch rzeczy: szerokiej edukacji i odważnych, światłych włodarzy, którzy są gotowi do podejmowania decyzji niepopularnych z perspektywy czteroletniej kadencji.

Odważni politycy są jednak towarem deficytowym. Może o kierunku rozwoju naszych miast powinni decydować architekci, urbaniści, socjolodzy?

– Wszędzie planowanie jest domeną samorządu. I słusznie, bo wójt, burmistrz, prezydent jest najbliżej obywateli. Rolą urbanistów jest wpieranie władzy i społeczeństwa wiedzą o zasadach zrównoważonego rozwoju, o godzeniu współczesnych i lokalnych oczekiwań rozwoju z obowiązkiem ochrony środowiska.

Ale powstaje pytanie: czy profesjonaliści są wystarczająco aktywni w tym działaniu i czy mieszkańcy swoje potrzeby umieją i chcą sformułować? Czy w ogóle wierzą, że mają wpływ na to, jak będą kształtowały się warunki ich życia? Zwłaszcza w starszym pokoleniu jest duża inercja – zawsze są jacyś oni, którzy coś dla nas załatwiają, wprawdzie nie po naszej myśli, ale cóż zrobić. A w demokracji oni to my.

Inercja jest także w samorządowcach, którzy nie kiwną palcem, jeśli nie zobowiąże ich do tego prawo.

– No, ale problemem samorządowców jest nie tylko inercja. Żeby planować i budować ulice, place, szkoły, przedszkola, parki, trzeba najpierw kupić tereny na publiczne potrzeby od prywatnych właścicieli. Za pieniądze z miejskiej kasy. Im więcej jest takich inwestycji, tym finansowe skutki dla budżetu są „gorsze”.
Absurdalnie interpretowana gospodarność samorządów skutkuje przekonaniem, że najbardziej przyjazny dla budżetu jest plan bez przestrzeni publicznych – i niestety, takich planów uchwala się najwięcej.

Może dlatego najważniejszą przestrzenią czasu wolnego stają się w Polsce centra handlowe?

– Galeria handlowa tylko udaje centrum miasta. A tak naprawdę z prawdziwego miasta wysysa życie poprzez koncentrację sklepów, butików, restauracji, punktów usługowych pod jednym dachem. Z tego powodu podobnych placówek nie można już lokalizować 100, 200 czy 300 metrów od miejsca zamieszkania. Bo po prostu nasza siła nabywcza jest ograniczona i nie zrobimy dwa razy tych samych zakupów.
Trochę tylko żal, że już nie spotkamy się z sąsiadami w osiedlowym sklepiku czy w pobliskiej cukierni. Choć czy współcześni Polacy, uwiedzeni konsumpcją, brak kontaktów społecznych w ogóle odczuwają jako przykrość?

Ci ze strzeżonych osiedli pewnie nie. Nawykli do izolacji.

– No właśnie, istnieje obawa, że z tych dzieci wyrosną egoiści, a w najlepszym razie indywidualiści niezdolni do tworzenia społeczeństwa obywatelskiego.
Ale z drugiej strony można mieć nadzieję, że młode pokolenie, świadome idei zrównoważonego rozwoju, będzie kontestowało rodziców. Może ludzie wychowani na elitarnych osiedlach poczują, że w mieście egalitarnym, obywatelskim, zrównoważonym żyje się lepiej.

Magdalena Staniszkis – doktor inżynier architektury. Pracuje na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, prowadzi autorską pracownię projektową. Zaprojektowała m.in. biurowiec Rodan w Warszawie (uznany za jedną z 20 Ikon Polskiej Architektury)

Newsweek Polska
http://www.newsweek.pl/artykuly/zaproje ... 48,1/print

________________________________________

_________________
--
pzdr.

Jack


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: Śr lut 09, 2011 13:21 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 21:18
Posty: 2036
Lokalizacja: Z Warszawy
Czy ta ilość prywatnej inicjatywy przerodzi się w jakość publicznej przestrzeni? Innymi słowy - czy jest się z czego czeszyć Panie Dziwiński i redaktorze Wielgo?

Gazeta Wyborcza - biznes, Marek Wielgo napisał(a):
Polacy znów budują na potęgę

Powstaje nie tylko więcej dróg i domów. Zapał do budowania ogarnia też przedsiębiorców i rolników. Świadczy o tym rosnąca liczba pozwoleń na budowę. Optymizmem mogą napawać zwłaszcza dane Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego (GUNB) z drugiego półrocza

Główny inspektor nadzoru budowlanego Robert Dziwiński podkreślał w czasie wtorkowej konferencji, że z kryzysu otrząsnęło się budownictwo mieszkaniowe. W ubiegłym roku inwestorzy, głównie deweloperzy, uzyskali pozwolenia na budowę przeszło 13,4 tys. budynków wielorodzinnych, z czego w drugim półroczu - blisko 11 tys.! Rok wcześniej pozwolenia obejmowały zaledwie blisko 5,2 tys. bloków, a np. w 2007 r., czyli w okresie boomu kredytowego, było ich nieco ponad 8,7 tys.

Oczywiście deweloperzy nie zaczynają budować wszystkich domów jednocześnie. Jednak według GUS w 2010 r. firmy deweloperskie zaczęły budowę przeszło 63 tys. mieszkań, co jest wynikiem o 42 proc. lepszym niż rok wcześniej.

Z rozpoczęciem inwestycji nie zwlekają osoby, które budują domy jednorodzinne. Na podstawie ubiegłorocznych pozwoleń powstanie ich przeszło 101,7 tys. (o niespełna 3 proc. więcej). Dodajmy, że chętnych na budowę domów jednorodzinnych było jednak mniej niż np. w 2008 r., kiedy wydanych zostało 115,7 tys. pozwoleń. Dziwiński przyznał, że nie liczy na większe ożywienie w budownictwie jednorodzinnym. Cieszy go natomiast rosnąca liczba pozwoleń także w innych dziedzinach budownictwa, np. przemysłowego i rolnego.

Pozwoleń było więcej na obiekty wodne (m.in. tamy, zapory, jazy, zbiorniki retencyjne, wały przeciwpowodziowe), budynki użyteczności publicznej i budynki zamieszkania zbiorowego. Zdecydowaną poprawę widać także w budownictwie drogowym.

- Ożywienie w budownictwie jest bardziej widoczne, jeśli porówna się wyniki z pierwszego i drugiego półrocza - komentował Dziwiński.

W Głównym Urzędzie Nadzoru Budowlanego z niedowierzaniem przyjęto statystyki budowlane w województwie kujawsko-pomorskim. Liczba pozwoleń np. na budowę domów jednorodzinnych wzrosła tam w ubiegłym roku 2,5-krotnie (do 5276 w roku 2010), a budynków gospodarczo-inwentarskich - blisko czterokrotnie! (z 360 do 1415). - Nie potrafimy tego wyjaśnić - stwierdził Dziwiński.

Zarobki w tym województwie należą do najniższych w kraju. Tamtejsi samorządowcy i przedsiębiorcy umiejętnie jednak wykorzystują unijną pomoc. Ostatnio Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową bardzo wysoko ocenił inwestycyjną atrakcyjność Bydgoszczy i Torunia.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL