Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 3 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Pn sty 07, 2008 18:08 
Offline
Bywalec

Dołączył(a): Pn sty 08, 2007 20:51
Posty: 30
Niesamowita historia powstania pierwszego parku społecznego na Ursynowie z Gazety Stołecznej - jak widać, czasami warto brać sprawy w własne ręce...

Wojciech Tymowski 2008-01-04, ostatnia aktualizacja 2008-01-04 10:40:34.0

Po przyjeździe do Warszawy poszedłem do sklepu osiedlowego i powiedziałem: "Dzień dobry, nazywam się Jacek i będę u pani robił zakupy". Pani mruknełą: "Nie mam czasu z panem rozmawiać". Musiałem coś z tym zrobić


Pewnego dnia młody menedżer w drodze do ważnej posady pomyślał, że chciałby na swoim osiedlu posadzić drzewo. I nie potraktował tej myśli jak fanaberii, co wywołało wkrótce poważne skutki. Na warszawskich Kabatach wystąpiły zjawiska szerzej nieznane badaczom polskich osiedli: nielegalne czyny społeczne, sąsiedzkie pospolite ruszenie, wybuchy zbiorowego entuzjazmu i publiczne okazywanie życzliwości. Na fali tych uniesień powstał niewielki park. Pieprzu, tej pozytywnej do szpiku kości historii, dodaje to, że ciągle dzieje się na granicy prawa, a nawet zupełnie poza nim.

Początek końca epoki rozsądku

Zaczęło się wiosną ubiegłego roku. Wtedy Jacek Powałka, bo tak się nazywa menedżer, posadził samowolnie przed blokiem kilka drzew.

Jacek ma 32 lata, jest absolwentem jednej z najlepszych w kraju prywatnych uczelni Wyższej Szkoły Biznesu - National-Louis University w Nowym Sączu, specjalistą od zarządzania, szczególnie od strategii lojalnościowych.

Zaraz po maturze chciał być aktorem. Oblał egzamin w krakowskiej szkole teatralnej. Zasiadającej w komisji Annie Dymnej miał powiedzieć, że jak już będzie miał swój własny teatr, to jej w nim nie zatrudni.

W 1998 roku przyjechał do Warszawy robić karierę. Trudno nie było, tak naprawdę jechał na gotowe. Rekomendacje z uczelni miał takie, że wysoko płatne stanowisko dostał, zanim zjawił się w stolicy.

Od czterech lat mieszka na Kabatach, nowym osiedlu uważanym za jedno z lepszych miejsc w mieście. Tuż przy stacji metra.

Kiedy się tu wprowadził i spojrzał przez okno, zobaczył - między blokami i dwupasmową aleją Komisji Edukacji Narodowej - pusty obszar, rzecz raczej rzadką na gęsto zabudowanych Kabatach. Na skraju tego pobudowlanego klepiska sterczała z ziemi betonowo-metalowa konstrukcja przypominająca wejście do bunkra - nawietrznia tunelu metra. Przez kilka ładnych lat na placu nie działo się nic. Mieszkańcy wydeptali tylko ścieżki do metra.

Dziś widać tu rzędy młodych drzew, krzewów i zarys alejek. Bardzo mały, młody park - jeszcze w budowie.

Mieszkańcy mówią, że gdyby nie Jacek, nadal byłoby klepisko. Gdy posadził swoje pierwsze drzewo, na placu umieścił plakat. Niewielki, zafoliowany przyciągał tytułem: "Tu będzie zielony skwer".

Dalej był apel: "Drogi sąsiedzie, ludzie rozsądni przystosowują się do świata, jaki zastali. Ludzie nierozsądni zmieniają świat do własnych potrzeb. Zatem wszelki postęp jest dziełem ludzi nierozsądnych - mawiał George Bernard Shaw. Zachowywałem się rozsądnie przez ponad trzy lata w sprawie tego kawałka zapomnianej, choć porządnie wydeptanej łąki. Kontaktowałem się z gminą Ursynów, która w tym czasie miała różne ciekawe pomysły w tej sprawie, np. budowa stacji benzynowej".

Rozpatrzymy za siedem lat

Jacek tak wspomina rozmowy z urzędnikami:

Jacek: - Na co jest przeznaczony ten pusty teren?

Urzędniczka I: - Na wysokie budownictwo.

Jacek: - Ale tu przechodzi metro.

Urzędniczka I: - No to może będą niskie pawilony. A może stacja benzynowa.

- Rozumiesz? Stacja benzynowa! - wykrzykuje Jacek. - To mi wystarczyło.

Postanowił przyspieszyć plany. Dzwoni do kolejnej urzędniczki.

Jacek: - Chcę posadzić na placu drzewa.


Urzędniczka II: - Nie ma takiej możliwości.

Jacek: - Sam za drzewa zapłacę.

Urzędniczka II: - Nie ma takiej możliwości.

Jacek: - I sam zorganizuję dowóz sadzonek, ziemię, wszystko...

Urzędniczka II: - Pan jest niepoważny, nie będę z panem rozmawiać.

Najważniejsza okazała się rozmowa z Jeszcze Inną Urzędniczką.

- Ona wytłumaczyła, że miasto nie może mi pomóc - opowiada Jacek, stojąc przy oknie w swoim mieszkaniu, skąd widać cały park. - Bo na tym placu - wskazuje za okno - jest jakaś działka, o którą ratusz prowadzi spór z jej właścicielem. To potrwa jakieś siedem lat. Ale urzędniczka powiedziała, że jeśli teren będzie zagospodarowany, jego wartość wzrośnie niezależnie od tego, jak sąd rozstrzygnie spór o działkę. Wyczuwałem, że jest mi przychylna, że sugeruje, bym robił swoje, a miasto, choć parkowi niechętne, nie będzie przeszkadzać.

Wkrótce po tej rozmowie Jacek zamawia drzewka w firmie ogrodniczej. Wśród nich jest czerwony buk, który sadzi mniej więcej w środku placu. Akurat zbliżał się Dzień Matki. Obok buka Jacek wbija tabliczkę: "Mojej Mamie. Za miłość bezwarunkową".

Jacek czeka z mapą

Z apelu Jacka: "Choć pochodzę z Nowego Sącza i nie za bardzo czuję się tu jak u siebie, to chcę, byśmy w ten sposób pokazali coś prawdziwym warszawiakom. Kabaty zamieszkuje głównie młoda emigracja z prowincji popularnie nazywana żerującą na stolicy warszawką. Nie ma sensu się dzielić, lecz razem budować. Zorganizujmy się i zacznijmy tworzyć naszą nową rzeczywistość, taką jak chcemy. Bez narzekania i oczekiwania, że urzędnik kiedykolwiek pomyśli o takim drobiazgu jak chodnik czy kilka drzew".

Na końcu numer telefonu, numer konta i hasło: "Nasz kawałek zieleni, inicjatywa rozkosznie nielegalna".

Komórka Jacka rozdzwoniła się, jakby ludzie tylko czekali na sygnał.

O parkowe plany pytali single, małżeństwa i emeryci. Warszawiacy zasiedziali i przybysze. Dzwonili mieszkańcy okolicznych domów, ale też z centrum i z Powiśla.

Najczęściej zadawane pytanie: - Co ja teraz mogę zrobić?

- Kupiłam łopatę. Tylko niech mi pan pokaże, gdzie mam pracować - domagała się sąsiadka.

- Do czego się mogę przydać? - pytał sąsiad.

- Niech pan nami pokieruje - żądał cały chór.

Zatrzymywali Jacka w windzie, na klatce schodowej, przed budynkiem. Osoby, które widział pierwszy raz w życiu, proponowały od razu wpłaty na park.

Sędzia: - Panie Jacku, proszę, ode mnie pieniądze na drzewa. Nie chcę pokwitowania. Ważne, że będziemy mieli czym oddychać.

Nieznajoma: - Myśmy na pana czekali.


Sprawca zamieszania po pracy kupował narzędzia ogrodnicze, czytał poradniki, zamawiał drzewa, krzewy, ziemię, mierzył, wytyczał, palikował. Zrył plac glebogryzarką. Pomocników z dnia na dzień przybywało. Są na zdjęciach na stronie www.naszpark.pl. Korzystne dla parku było odejście Jacka z firmy. Przymierzał się do nowego stanowiska, ale przez trzy miesiące nie mógł się zatrudnić ze względu na zakaz pracy w konkurencji. Miał mnóstwo czasu. Zamówił i kupił mapy geodezyjne. Zaznaczone są na nich podziemne instalacje, rury i kable. Teraz jeśli ktoś chce posadzić drzewo, to Jacek rozwija płachty map i sprawdza, czy w danym miejscu można.

- A nie pomyślałeś nigdy, że namawianie do sadzenia drzew na osiedlu, na dodatek wbrew urzędnikom, to sprawa niepoważna?

- To superpoważne. I nie wbrew urzędnikom, tylko obok. Przypominam, że urząd nic tu nie robił. A ponad setka ludzi zaczęła pracować przy parku wspólnie. Była otwartość i zaufanie. Wiem, to brzmi górnolotnie, ale tak powstaje społeczeństwo obywatelskie.

Burmistrz Żuber uświadamia

Zadrzewianie placu wywoływało także reakcje z zaufaniem i otwartością niemające wiele wspólnego.

Kiedyś Jacek własnoręcznie wykopywał doły pod drzewa. Przyjechała straż miejska. Dostali donos, że ktoś kopie w trawie, czyli niszczy zieleń. - Zakład Oczyszczania Miasta wydał mi zgodę na te nasadzenia, tylko jeszcze do mnie ona nie doszła. Jakoś się udało przekonać strażnika, by zadzwonił do ZOM i tam potwierdzili, że mogę sadzić. Mogłem dalej pracować - opowiada Jacek.

- A wiesz, kto doniósł?

- Pewnie. Ten, co doniósł, cały czas stał obok i patrzył.

Także zbudowana przez Jacka na parkowym placu niewielka górka saneczkowa nie wzbudziła wyłącznie entuzjazmu.

Jacek: - Jakiś facet mnie zaczepia i mówi: "Po co to panu? Dzieci będą tu wrzeszczeć". I co ja mam takiemu gościowi odpowiedzieć?

Z budową górki wiąże się też spore zamieszanie.

Jacek: - W pierwszej połowie września zamówiłem siedem ciężarówek ziemi. Przyjechały akurat, gdy urzędniczki z dzielnicy robiły inwentaryzację terenu. Co to się działo! - Jacek łapie się za głowę. - Jedna kłaść się chciała pod samochód. Błagania, krzyki. Zawiadomione wszystkie organy ścigania. Byłem gotów już zrobić, cokolwiek te panie zechcą, byle to się skończyło. Wtedy myślałem, że jednak coś mi odbiło, że narobiłem problemów. Dwie noce nie spałem ze stresu.

Mimo bitewnej wrzawy ciężarówki jakoś wysypały ziemię, gdzie trzeba. Dziś uformowana górka utrwalona z boków drobnymi krzewami i trawą czeka na śnieg.

Konsekwencją potyczki Jacka z urzędniczkami było wezwanie do urzędu dzielnicy. Jak się okazało, na spotkanie z wiceburmistrzem Bogdanem Żuberem i przedstawicielami różnych wydziałów.

- Tego pana uświadomiono, jakie kroki ma podjąć, by mógł rozpocząć działalność - wspomina Barbara Mąkosa-Stępkowska, rzecznik urzędu dzielnicy. - Usłyszał, że są obawy ze strony Metra, że sadzi drzewa na instalacjach, co może zagrażać ludziom. Ale powiedziano mu, że jeśli złoży odpowiednie dokumenty, sprawa będzie rozpatrzona. I on zobowiązał się, że złoży. I co? Pismo wpłynęło, ale dopiero niedawno.

Pani rzecznik mówi, że akcję sadzenia drzew uważa za niepoważną.

Łagodniej wypowiada się Michał Matejka, przewodniczący rady dzielnicy: - Pan Powałka działa nieszablonowo, ale w jakimś sensie pro publico bono. Dobrze byłoby, abyśmy się jeszcze spotkali, może teraz byłoby łatwiej.

Na zakończenie spotkania w urzędzie Jacek zaprosił urzędników na niespotykaną na polskich osiedlach integracyjny piknik sąsiedzki. Urzędnicy nie przyszli. Ale mieszkańcy dopisali.

Robimy małe Expo

16 września. Zmierzch. Na placu między blokami kilkusetosobowe zgromadzenie. Większość zebranych stoi, część spaceruje. W pierwszych rzędach ludzie siedzą na krzesełkach. Niektórzy pod kocami, bo idzie zimna noc. Pary się obejmują i kołyszą. Z głośników grzmi aria z "Toski. Na ekranie przymocowanym do nawietrzni metra Pavarotti śpiewa "E lucevan e stelle".


Na środku placu góruje popiersie włoskiego śpiewaka. Rzeźbę wypożyczyła jej twórczyni Zofia Wolska. Jackowi wydało się oczywiste, że nie było nikogo bardziej zasłużonego, kto śpiewał w słynnych parkach.

Finał ZaPARKowanego Pikniku, podczas którego mieszkańcy wypowiadali się, jaki chcą mieć park. Duży plakat z planem parku i prezentację przygotowała studentka ostatniego roku architektury Marta Sękulska.

- Aż chciało się pracować - wspomina. - Tu ludzie robią coś dla kogoś i dają przykład biurokracji, która sobie z tamtym miejscem nie poradziła. To było jak bajka, więc siedziałam przy komputerze i dzwoniłam do Jacka: "Zmierz mi teraz odległość ze śmietnika do stacji".

Na piknik niektórzy wyszli z własnymi wypiekami, częstowali przechodniów. Były dziecięce konkursy malowania kredą na chodniku. Nagrody przygotowały okoliczne firmy. Cukiernia Blikle, sklep Papiernik, biuro podróży Gift.

Studenci ASP wystawiali swoje obrazy. A wzdłuż alei KEN powiewały flagi Ziemi, które zdobiły pawilon polski na Expo w Sewilli w 1992 roku. Komisarzem polskiej sekcji był Władysław Serwatowski, dziś mieszkaniec Kabat. Rozwiesił flagi jako swój wkład w imprezę.

Jacek: - Wcześniej trzeba było załatwić zezwolenia na to wszystko. W urzędzie dowiedziałem się, że takie rzeczy załatwia się dwa miesiące wcześniej, ale biegałem z kwiatami, więc jakoś się udało za pięć dwunasta.

Prywatność tak, anonimowość nie

- Po co ci ten park?

Jacek: - Chciałem oswoić teren.

- Udało się?

- Tak. Jestem nawet zaskoczony, że nastawienie do miejsca, stereotypy mogą się tak szybko zmienić. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe do Warszawy poszedłem do najbliższego sklepu. Powiedziałem do sprzedawczyni: "Dzień dobry, nazywam się tak i tak, będę u pani robił zakupy". Pani zdziwiona i zmieszana odpowiedziała: "Nie mam czasu z panem rozmawiać". Pomyślałem sobie, że to jednak okropne w tej Warszawie, że ludzie chcą żyć obok siebie jak obcy. Przecież łatwiej się żyje, gdy w najbliższym otoczeniu człowiek jest rozpoznawany. Bardzo cenię sobie prywatność, ale nie anonimowość.

- A może kampania parkowa była czymś w rodzaju twojej kampanii wyborczej?

- Nie mógłbym być radnym, politykiem, bo jestem zbyt szczery. W polityce trzeba często kłamać w słusznej sprawie. Tu było inaczej. Mówiłem ludziom o ich marzeniach. No i byłem przekonujący. Oj tak - śmieje się Jacek - skromny to ja nie jestem...

Rozmawiamy w sobotnie południe. Jacek wpadł na Kabaty tylko na weekend. Od października jest dyrektorem w centrali telefonii komórkowej w Dublinie.

- Wyjedziesz kiedyś z Warszawy na stałe?

- Tak. Do Nowego Sącza. Kupiłem tam hektar ziemi. Siedem kilometrów za miastem. Popatrz - pokazuje zdjęcie w komórce. Zielona łąka, łagodne góry, pola, lasy. Pięknie.

W pobliżu będzie multimedialne miasteczko i park nowych technologii. Partnerem przedsięwzięcia jest nowosądecka WSB N-LU, kooperuje Google. - Tam kiedyś zamierzam pracować - mówi Jacek. - Ale mieszkanie w Warszawie zostawię. Bo tu jest opera, a operę uwielbiam.

Pilnujemy naszych drzew

Według zapisków Jacka pospolite ruszenie, które wywołał, objęło przynajmniej 110 osób. Większość choćby dorywczo pracowała przy zadrzewianiu i ryciu gleby, część wpłaciła pieniądze. - Z każdym jestem rozliczony, mam faktury, choć ludzie z reguły nie chcą ich oglądać - mówi Jacek.

Z trójką fanów kabackiego parku siedzimy w tutejszej cukierni Bliklego.


- Jestem kabaciarzem - przedstawia się Władysław Serwatowski, ten sam, który dostarczył na piknik flagi Ziemi, z wykształcenia filozof, dziś uczący marketingu.

- A ja po prostu emerytką - zaczyna pani Teresa. Ma działkę, w związku z tym pewne doświadczenie ogrodnicze, które przydało się przy zakładaniu parku.

- A ja absolwentem - śmieje się Maciek Kryszyński. Skończył stosunki międzynarodowe, ale uznał, że to nie dla niego. Wrócił do dziecięcych marzeń i stara się o licencję pilota lotnictwa cywilnego. Chodzi na kurs lotniczy i ma sporo czasu, więc to on teraz pod nieobecność Jacka dogląda parku.

Władysław Serwatowski: - Nagle chyba my wszyscy zobaczyliśmy, że choć jesteśmy inni, mamy wspólny temat - nasz park. I to jest przyjemne.

- A chcieliście się włączyć w tworzenie tego parku, skoro wiedzieliście, że miasto jest temu niechętne?

Władysław Serwatowski: - Miasto nic w tym miejscu nie robi, a ludziom nie pozwala. Urzędnicy, widząc taką inicjatywę, mogliby przyjść z planami i zaznaczyć: tu można sadzić drzewo, a tu nie, bo tu idzie rura. Nie wiem, dlaczego tak się nie dzieje.

Wychodzimy na zewnątrz. Jest już ciemno. Z Maćkiem chodzimy po parku. Ścieżki pełne rozdeptanego błota. Ci, którym park się nie podoba, psioczą, że inicjatywa jest nieprofesjonalna. - Potrzebny jest chodnik - mówią.

Maciek: - Ale chodniki to już koszt, na jaki nas nie stać. To musi zrobić miasto. My planujemy sztuczny strumyk. Wiosną.

Podświetlając sobie komórkami, odczytujemy napisy przy drzewach.

Obok największego, 25-letniego dębu tabliczka: "Przygoda team". Informacja ze zdjęciem. Jest tam Jacek i dziesiątka przyjaciół. Głównie single. I przyjezdni, i zasiedziali miejscowi. W większości poznali się już w Warszawie. Mają około trzydziestki, czasem mniej. Razem jeżdżą w Beskidy i po świecie.

Przy kolejnych drzewach następne tabliczki:

"Dla największego lansera, jakiego znam" - to o sprawcy zamieszania. Podpisane: Arek. I jeszcze znak: (

"Od Andrzeja dla Kotka"

"Dla Misia Radek"

"Drzewo Michała i Matyldy"

"Na nasze kolejne szczęśliwe dziesięciolecia, kochanie!"

- A pan co tak tu spisuje te drzewa? - słyszę nagle zza pleców. - Ja tu, proszę pana, mieszkam - mówi młody mężczyzna.

- Niektórym te drzewa tu nie pasują. Ale my pilnujemy - dodaje na odchodne.

- Hm... Nie znam gościa - śmieje się Maciek. - Ale to było fajne.

- Widać z tego, że ten park po was zostanie.


Władysław Serwatowski: - Powinny przy drzewach zostać też te tabliczki. Żeby nie były anonimowe, żeby wiadomo było, że miejsce ma jakąś historię. Za 50 lat ktoś na spacerze platanową aleją mógłby przeczytać: "Pewnego dnia młody menedżer w drodze do ważnej posady pomyślał, że chce na swoim osiedlu posadzić drzewo...".


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Wt sty 08, 2008 14:23 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Pełen podziw. Nagrodę temu Panu!!!

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr maja 21, 2008 21:34 
Offline
Oberspammer

Dołączył(a): Śr sty 03, 2007 20:18
Posty: 2049
Lokalizacja: Z Warszawy
Cześć,

Nie chciało mi się robić nowego wątku, le ten artykuł po prostu powalił mnie na kolana. Czytajcie - skanadal jakich mało.

Gazeta Stołeczna napisał(a):
Z kim uzgadniać drzewa?

Mieszkańcy Żoliborza posadzili wzdłuż trasy Armii Krajowej 300 drzew i krzewów. Niedawno odkryli, że zieleni już nie ma. - Dziwne jest to, że drzewek nie wycięto, ale wyrwano razem z korzeniami - mówi Anna Olszewska, jedna z inicjatorek sadzenia
Wielkie sadzenie na wale między ul. Gdańską a Mickiewicza odbyło się zeszłej jesieni. - Już dawno próbowaliśmy załatwić na nie oficjalne pozwolenie, ale się nie udało. Ostatecznie dostaliśmy ciche przyzwolenie od byłej naczelniczki wydziału ochrony środowiska. Powiedziała, że dzielnica nie ma pieniędzy na zieleń w tym miejscu, ale nie widzi przeciwwskazań, żebyśmy sami coś posadzili - opowiada Anna Olszewska, mieszkająca przy ul. Gawińskiego. Mieszkańcy uradzili, że posadzą drzewa i krzewy, które będą ich chronić przed hałasem. Żeby nie posadzić roślin na podziemnych rurach czy kablach pani Anna przestudiowała wnikliwie miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. - A w nim jest napisane, że w tym miejscu "zaleca się utworzenie dodatkowej izolacji od uciążliwości trasy Armii Krajowej w postaci pasma zieleni wysokiej" - cytuje Anna Olszewska.

Sadzonki podarował jeden z sąsiadów, do prac włączyło się kilkanaście osób. Potem na zmianę podlewali posadzone rośliny. - I nagle one zniknęły, zostało może pięć. To, co mnie zupełnie zdumiało, to fakt, że drzewa wyrwano z korzeniami. Nie został po nich żaden ślad - mówi pani Anna.

Kto wyrwał drzewa i krzewy? - To nie my. My wycięliśmy, owszem, trochę drzew i krzewów w związku z budową drogi ekspresowej, ale wycinka była w innym miejscu. Na pewno nie przekroczyliśmy ul. Powązkowskiej - zapewnia Małgorzata Tarnowska, rzeczniczka Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. - My też nie mamy z tym nic wspólnego - sprawdziła Urszula Nelken z Zarządu Dróg Miejskich.

Sprawę próbował wyjaśnić naczelnik dzielnicowego wydziału ochrony środowiska. - Nikogo tam nie wysyłałem. To nie nasza robota - stwierdził Robert Milej.

Do usunięcia zieleni przyznał się w końcu Zarząd Oczyszczania Miasta. Rośliny wyrwano, bo były to przypadkowe gatunki, posadzone niezgodnie z ogrodnicza sztuką. - Czyli bez przygotowania podłoża, wytyczonych rabat i w nieodpowiednich odległościach - wylicza Iwona Fryczyńska, rzeczniczka ZOM. Podkreśla, że aż 70 proc. roślin było uschnięte, a poza tym miały nieodpowiedni wielkości do miejskich nasadzeń. - Tak naprawdę tym roślinom zrobiono krzywdę, bo nie dość, że wśród nasadzeń były przypadkowe gatunki, to jeszcze włożono je w skarpę składającą się w głównej mierze z piachu i gruzu - mówi Iwona Fryczyńska.

Jest nadzieja, że w tym miejscu pojawi się jednak zieleń. A posadzi ją ZOM. Za rok w tym miejscu może zazielenić się chmiel lub tamaryszek.


Po prostu mózgi im poorało w tym ZOM.

_________________
Byłem i jestem jawny, świadomy oraz chętny do współpracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 3 ] 

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL